Rozdział 48

Kelsey obudziła się w środku nocy i nie spodziewała się, że u jej boku nie będzie ciała, które ją ocieplało. Lekko zmarszczyła brwi, marszczki na czole wykrzywiły się, pasując do wygiętych ust. Odwróciła się na plecy i zamrugała, wpatrując się w sufit i przypominając sobie ostatnie kilka godzin ich wspólnego czasu, pamiętając, że wszystko w końcu staje się dla nich lepsze.

To prawie tak, jakby byli tęczą pod koniec burzy; burzy, która zawsze wraca. 

On nie chciał niepotrzebnie ryzykować, wiedziała to, ale jej ciało pragnęło jego dotyku. Chciała czuć jego silne ramiona owinięte wokół jej małego ciała, chroniąc ją od świata zewnętrznego, który zdawał się znaleźć drogę do niej za każdym razem. 

On był magnesem, który ciągle przyciąga ją do siebie, z taką siłą, że nikt nie był w stanie tego przerwać. Nie miało znaczenia, jakie przeszkody musieli przeskoczyć, wystarczyło, że mieli siebie; to wszystko, czego potrzebowali, by przeżyć. 

Kelsey wzięła telefon ze stolika nocnego i zobaczyła, że dostała wiadomość od Justina. Uśmiechnęła się lekko i przeciągnęła palcem po ekranie, czekając na otwarcie wiadomości. Kiedy tak się stało, jej serce wariowało tak, jak wiele razy wcześniej.

Od: Justin 

Przepraszam, że odszedłem bez pożegnania, ale nie chciałam cię obudzić. Wyglądałaś tak spokojnie, a brakowało mi tego. Kocham cię, zobaczymy się później.

Zagryzła wargi i zachichotała cicho, zanim odpisała i odłożyła telefon, gdy jej drzwi się otworzyły. Wyglądając spod kołdry zauważyła Carly nieśmiało stojącą w drzwiach.

- Dzień dobry. - powiedziała.

- Dzień dobry. - Kelsey rozciągnęła się i usiadła, trzymając kołdrę pod pachami. Ziewnęła, puszczając oczko do przyjaciółki.

- Dobrze się bawiłaś w nocy?

Kelsey zagryzła wargi i spojrzała na swoje palce, nie chcąc patrzeć jej w oczy.

- Nie mam zamiaru ponownie się z tobą o to kłócić.

- Nie chcę się z tobą kłócić. - westchnęła, po czym weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi - Po prostu chcę, byś była szczęśliwa…

- Jestem szczęśliwa. - przerwała jej Kelsey.

- Kelsey.

Kielsey westchnęła i na ułamek sekundy odwróciła wzrok, po czym spuściła go na swoje paznokcie, starając się jak najbardziej skupić na lakierze.

- Wszyscy popełniamy błędy. - wyszeptała cicho - Już wam mówiłam, że tak po prostu nie zapomnę o wszystkim, ale nie mogę ciągle go odpychać, kiedy jest jedyną rzeczą w moim życiu, przy której wiem, że jest odpowiednia. - spojrzała w górę i wzruszyła ramionami - Kocham go. 

Carly wpatrywała się w swoją najlepszą przyjaciółkę, a jej usta wygięły się w krzywy uśmiech, gdy pokiwała głową.

- Wiem. - podeszła do niej i usiadła na brzegu łóżka, po czym zamknęła Kelsey w mocnym uścisku. Z jej rozchylonych warg wydobyło się westchnięcie - Przepraszam za wszystko. - wyszeptała.

- Nie ma za co. - Kelsey mocniej ją ścisnęła, po czym ją puściła - Nie jestem na ciebie zła. Znaczy… byłam, ale już nie jestem. 

Zaśmiała się cicho i pokiwała głową, chowając kosmyk swoich krótkich blond włosów za ucho.

- Okej, dobrze, ponieważ nie mogę wytrzymać, gdy jesteś na mnie zła. To dziwne i tego nie lubię. Nie miałam z kim fangirlingować, gdy wczorajszej nocy zobaczyłam w telewizji Channinga Tatuma. 

Kelsey odrzuciła głowę do tyłu śmiejąc się, po czym pokręciła nią.

- Jesteś szalona.

- Powiedz mi coś, czego nie wiem. - klepnęła jej kolano i gestem wskazała drzwi - Chodź, zjedźmy trochę mrożonego jogurtu. Pragnęłam go przez cały tydzień.

Kelsey uniosła brwi i zaśmiała się, gdy wstała.

- Jesteś pewna, że nie jesteś w ciąży?

Oczy Carly się poszerzyły, a usta uchyliły w szoku.

- Kelsey!

- Co? - uniosła ręce w górę w obronnym geście - Tylko mówię. Znaczy, chodzi mi o to, że już byłaś spragniona najdziwniejszych rzeczy.

- Zamierzam udawać, że tego nie powiedziałaś. - jej policzki były czerwone jak pomidory, gdy szła do wyjścia z wysoko uniesionym nosem.

- Lepiej nazwij je po mnie, jeśli to dziewczynka! - krzyknęła za nią.

- Kelsey Anne Jones! - wrzasnęła Carley, przez co Kelsey zaśmiała się jeszcze głośniej.

- Wezmę to za tak. - zachichotała.

Justin włóczył się po zepsutych podłogach starego magazynu i przechylił głowę do tyłu, kierując twarz w kierunku zimnego, nocnego nieba.

Wyłączył swój telefon, by powstrzymać go przed dzwonieniem co pięć sekund, kiedy chłopcy pisali i dzwonili do niego chcąc wiedzieć gdzie jest czy opowiedzieć mu o sprawach.

Jeśli chciałby brać w tym kompletny udział powiedziałby im, i właśnie to powiedział im przed wyjazdem. 

Przez ostatnie kilka dni ciężko było mu radzić sobie ze wszystkim, od Kelsey, która go zostawiła, aż do niemal stracenia rozumu. Tonął we własnych myślach, a czasami nie wiedział, czy uda mu się wydostać na powierzchnię.

Ale udawało mi się i wiedział, że nadal będzie to robił, ponieważ życie oznaczało spędzanie kolejnych chwil z dziewczyną, którą kochał, a tylko to się liczyło.

Justin wypuścił powietrze, które zdawał się trzymać przez dłuższą chwilę i przejechał palcami po bałaganie na swojej głowie. Pociągnął za włosy, to zbyt wielka presja dla tak młodego człowieka jak on, gdy uświadomił sobie czym jest jego życie i czym się stanie.

Był podekscytowany, ale zdenerwowany. Gang był jego życiem i nie znał nic innego. Dorastał otoczony przemocą, narkotykami i śmiercią. To wszystko, czego kiedykolwiek był częścią i myśl, że zamierza zacząć od nowa - tak, jakby ostatnie lata nie istniały - była denerwująca. 

Jak miał się zachowywać? Czy miał teraz wyrzucić wszystkie bronie, skoro nie potrzebował więcej ochrony? Czy wreszcie może się zrelaksować i spać cały dzień, ponieważ nie musi się martwić o pracę, która może pójść nie tak czy upewnić się, czy transporty dotarły na czas? 

Justin opuścił ręce i przygryzł dolną wargę. Wpatrywał się w malujący przed nim widok, przypominający o pewnym czasie w życiu, kiedy przyprowadził tu wyjątkową dziewczynę. Nawet nie wiedział dlaczego, ale stojąc tu był pewien, że potrzebował kogoś u swojego boku; by dzielić się pięknem, którego nie widział wcześniej, z nowo znalezionym pięknem, które dopiero poznał.

- Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś? - cichy głos Kelsey przebił się przez gwiżdżący wiatr, całkowicie zbijając go z tropu. 

 - Co? - spytał i przekręcił głową, by spojrzeć na nią. Zapierała dech w piersi w tym świetle, słońce oświetlało jej sylwetkę, jakby była aniołem. Przygryzła wargę i odwróciła wzrok.

- Nieważne.

- NIe. - ostro odparował - Powiedz mi. 

Westchnęła i spojrzała na swoje stopy.

- Nie odpuścisz, prawda? - mruknęła. 

- Nie.

Ponownie na niego spojrzała i przełknęła ślinę, starając się nie pokazać zdenerwowania.

- Zapytałam, czemu mnie tu przyprowadziłeś.

Lekko przechylił głowę, rozumiejąc.

- Oh. 

- Tak… - Kelsey bawiła się palcami i przygryzła język, starając się zachowywać normalnie, ale kłamałaby mówiąc, że nie zjadało jej to od środka.

 - Ja… no cóż, nie wiem, jeśli mam być szczery. - wzruszył ramionami - Chciałem uciec na trochę i pomyślałem, że wynagrodzę ci to, co wcześniej powiedziałem. 

Zdezorientowana uniosła brwi.

 - No wiesz. - niezgrabnie zakołysał się na piętach - Kiedy uznałem, że jesteś dziwką… - sztucznie zakaszlał. Wiedział, że usłyszała go i bał się dowiedzieć, że poszedł za daleko, gdy ją tak obraził, nie wiedząc o niej nic.

Kelsey zdziwiona uniosła brwi i uśmiechnęła się, gdy zrozumiała.

- Czy Justin Bieber przeprasza?

Zaszydził, jakby była to najbardziej absurdalna rzecz jaką kiedykolwiek słyszał, chodź wiedział, że dziewczyna ma rację.

- Nie, nigdy.

- Czy nie to powiedziałeś? - przeniosła ciężar ciała na lewą nogę i skrzyżowała ramiona na piersi, czekając na jego usprawiedliwienie. 

- Nie, powiedziałem, że ci to wynagrodzę. Nigdy nie przeprosiłem. - poprawił ją, chociaż w głowie  dokładnie wiedział, że nie wyszło mu to przekonująco. Dziewczyna zaśmiała się i zmarszczyła nos. 

- Zachowujesz się, jakby przepraszanie było przestępstwem. - potrząsnęła głową i pochyliła się, żartobliwie go popychając - Już to zrobiłeś, wiesz.

- Ta, nie przyzwyczajaj się.

- Nie martw się, nie przyzwyczaję. - wymusiła do niego uśmiech, po czym spojrzała na kolorowe niebo za nim. On jednak nie mógł zrobić nic, tylko na nią patrzeć. Była jak obraz, unikatowy i piękny; z absolutnie żadnymi widocznymi wadami.

Minęło dużo czasu, odkąd kiedykolwiek czuł jakiekolwiek przyciąganie do dziewczyny w ten sposób i to go przerażało, ponieważ Justin Bieber nie kocha i nigdy nie będzie.

Trudno było wtedy oddać serce komuś, kto mógł je złamać, gdyby chciał. Już tego wcześniej doznał  i nawet, jeśli mało go ona teraz obchodziła, Jen znaczyła dla niego wiele i łamiąc jego zaufanie w taki sposób, jaki to zrobiła sprawiło, że miał problemy z wierzeniem komukolwiek. 

Było tak, póki mała dziewczynka potykając się nagle wpadła w jego życie i zdał sobie sprawę, czym naprawdę jest miłość.

Nie znał osoby, która mogłaby znaczyć dla niego tak wiele w tak krótkim okresie czasowym. To tak, że w jednej sekundzie nie obchodził go świat. Musiał się martwić tylko o siebie i nic innego, nie musiał nikogo pilnować, a potem tak po prostu ona stała się dla niego wszystkim. Jego wartości, jego miłość, jego powód do walki, którą mógł przegrać dawno temu.

Była nagrodą na koniec dnia i zrobiłby wszystko, by zabrać ją ze sobą do domu. 

Kiedy słońce zachodziło, ukazując ciemność nocy, która wkrótce miała całkowicie pokryć niebo. Justin wiedział, że nadszedł już czas, by wrócić do domu z wielką sprawą.

Wyjeżdżając z podjazdu na ulice, nie za długo zajął mu dojazd do domu. Zaparkował samochód i upewnił się, że je zamknął, zanim wszedł do domu. Rzucił klucze na stolik i wszedł do salonu.

Spojrzał w górę, gdy usłyszał kogoś innego wchodzącego i zobaczył Bruce’a. Nie trwało długo nim zdał sobie sprawę, że wiedział.

Nie było ciężko powiedzieć gdzie się znajduje, tym bardziej teraz, gdy rzeczy się zmieniały.  Normalnie, upewniałby się teraz, że wszystko w biznesie działa sprawnie, ale nie miał czego sprawdzać, pozostał mu tylko bałagan związany z nim i Kelsey. 

Zacisnął wargi i przejechał ustami po suchych wargach.

- Co tam? - skinął głową i podciągnął rękawy swojej flanelowej koszulki, starając się nie zwracać uwagi od intensywnego spojrzenia Bruce’a. 

- Jak ona się czuje? - spytał, wsuwając dłonie w kieszenie spodni.

Pokiwał głową i przejechał dłońmi po swoich spodniach, wzruszając ramionami.

- Jest okej.

Bruce zadrżał od napięcia wypełniającego pokój i położył ręce na miękkiej poduszce fotela przed nim, pochylając się.

- Słuchaj, nie mogę powiedzieć, że zgadzam się z tym, że spotykałeś się z nią, gdy prosiła, byś zostawił ją w spokoju, ale cieszę się, że przynajmniej widzisz jak się czuje, chociaż przez kilka godzin.

- Dzięki, stary. - uśmiechnął się lekko - Doceniam to.

Pochylony położył dłoń na ramieniu Justina w uspakajającym geście, lekko szturchając. 

- Kłamałbym, gdybym powiedział, że nie zrobiłbym tego samego i role by się odwróciły, a Steph była na miejscu Kelsey. - wzruszył ramionami.

- Masz szczęście, bo nie jest. - przepchnął się, by odejść, jednak Bruce chwycił go za ramię, zanim miał szansę zniknąć. 

- Hej, poczekaj chwileczkę. - powiedział, marszcząc czoło - Wiem, że to dla ciebie ciężkie, okej? Nie jest to proste dla żadnego z nas, gdy widzimy cię w takim stanie, ale sobie z tym poradzisz.

- Dzięki tato, ale nie prosiłem o twoje zdanie. - odparował ostro. Bruce milczał przez kilka sekund, po czym uchylił usta.

- Nie wie jeszcze, prawda?

Justin spojrzał na niego i pokręcił głową.

- Nie. - powiedział, uwalniając się od jego uścisku - I chciałbym, by tak zostało.

Carley złożyła kilka ostatnich ubrań przed odłożeniem ich, po czym opadła na miękki materac Kelsey. Były ubrane we flanelowe piżamy, a włosy związane miały w kok na szczycie głowy. Na twarzach nie miały żadnego makijażu, nie mogłyby się czuć jeszcze bardziej swobodniej. 

To prawie tak, jakby wszystko się uspokajało i nie mogłyby prosić o lepszy wieczór, by odpocząć i zrelaksować się po wykonaniu ostatnich obowiązków.

Kelsey zamknęła szufladę i usiadła na krześle, które stało przez jej biurkiem. Przyciągnęła kolana do piersi i stłumiła ziewnięcie.

- Boże, czemu jestem taka zmęczona? Jest dopiero 9:30. 

- Pewnie dlatego, że jesteś przyzwyczajona przebywać w towarzystwie kogoś innego, a nie tylko do bycia z nudną mną. - dokuczyła Carly, w pewnej części będąc poważną. W domu Kings’ów Kelsey zawsze była otoczona ludźmi,a  tu były tylko one i nikt inny.

Kelsey zaśmiała się i pokręciła głową.

- Obydwie dobrze wiemy, że nie jesteś nudna. Po prostu nie było dziś zbyt wiele do roboty, tym bardziej, że padało jeszcze niecałą godzinę temu. To odrzuca.

To była prawda. Wiedziała, że jeśli pogoda byłaby lepsza, Carly znalazłaby sposób, aby wydostać je obie na zewnątrz, żeby mogły wykorzystać jak najwięcej ze swojej wolności, mimo iż oboje wiedziały, że na każdym rogu ktoś je obserwuje.
Wzdychając, machnęła lekceważąco ręką - Tak, tak. Może i masz rację - jęknęła i już miała zamiar wstać z łóżka, gdy rozdzwonił się jej telefon. Unosząc brwi odebrała połączenie, zastanawiając się kto to może być. - Słucham?
Po kilku minutach konwersacji, w której Kelsey nie miała zielonego pojęcia o co chodzi, Carly uderzyła dłonią w swoje czoło i przeklęła pod nosem.
- Cholera, prawie zapomniałam. - Pospiesznie wstała i zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu swetra, trzymając telefon pomiędzy ramieniem i uchem. Szybko wkładając ręce w rękawy, z powrotem wzięła telefon, przytakując głową.
- Niedługo będę. - Rozłączając się, schowała telefon do kieszeni i odwróciła się do Kelsey, która była tak skonsternowana, jak jeszcze nigdy - To Jason. - Westchnęła, zakładając baleriny. - Zapomniałam, że mamy projekt na jutro, a nawet go jeszcze nie skończyliśmy.
- Jak wiele zrobiliście?
- Tylko kilka slajdów. Byłam tak zajęta wszystkimi sprawami, że zapomniałam do niego zadzwonić i umówić się któregoś dnia na skończenie tego.
- John wie?
- Tak, powiedziałam mu. Nie wie tylko, że wychodzę teraz, żeby się z nim spotkać, ale później zadzwonię i mu przekażę.
- Sądzę, że na wszelki wypadek powinnaś zrobić to teraz.
Wzdychając pokiwała głową i wybrała numer, ustawiając telefon na głośnik, gdy wyszła do przedpokoju po torbę, po chwili wracając.
Bawiąc się gumką spodni od piżamy, zaczęła tracić cierpliwość, gdy jedynym co usłyszała był ciągły dźwięk dzwonka, po czym włączyła się poczta, dając jej znać, że John nie był dostępny.
- Hej skarbie, to ja. Chciałam ci tylko powiedzieć, że idę do Jasona skończyć projekt, ale zadzwonię gdy tylko skończę. Kocham cię - zrobiła dźwięk cmokania i zakończyła połączenie - Obiecuję, że się pospieszę, żebyś nie musiała siedzieć tu sama zbyt długo.
- Nie przejmuj się, poradzę sobie. Poza tym, jeśli Justin nie jest zajęty, może złoży nam - a właściwie, mi - wizytę. - Zaśmiała się lekko, na co Carly pokręciła głową.
- Tak, tak, tylko użyjcie zabezpieczenia.
- Caroline Risi!
- Karma - powiedziała śpiewnym tonem, kierując się do drzwi.
Gdy teren był już czysty, Kelsey wstała z krzesła i podeszła do łóżka, wyjmując spod poduszki telefon. Przeszukując wszystkie kontakty, wybrała numer Justina, czekając aż odbierze.
W każdym razie, gdy nie usłyszała nic poza sygnałem wybierania, na jej ustach pojawił się nagły grymas. To do niego nie pasowało, mieć wyciszony telefon, zwłaszcza w tym czasie, ale nie chciała rozmyślać nad złymi scenariuszami, wiedząc, że prawdopodobnie było to przez rozładowaną baterię.
Wychodząc z pokoju i schodząc na dół, Kelsey wiedziała, że najlepiej będzie o tym nie myśleć, a jaki jest lepszy sposób, niż jedzenie fast foodów i oglądanie wieczornych komedii?
Robiąc trochę popcornu, wsypała go do miski, wychodząc z kuchni i wskakując na kanapę. Kładąc bose stopy na stoliku do kawy, zabrała pilota i włączyła telewizję.
Zatrzymując się na programie “Nick at Nite”, od razu uśmiechnęła się do ekranu, widząc utalentowanych aktorów i aktorki, którzy potrafili doprowadzić ją swoimi żartami do łez. Westchnęła zadowolona, biorąc kolejną garść maślanej kukurydzy.
Po około godzinie i pół oglądania powtórek, Kelsey zaczęła przysypiać w połowie dziesiątego odcinka i wiedziała, że musi iść do łóżka teraz, albo całkowicie się zatraci i skończy przesypiając tutaj sama całą noc.
Ziewając, wyłączyła wszystko i odłożyła pustą już miskę, biorąc sobie szklankę wody.
Szurając bosymi stopami o drewnianą podłogę, złapała się poręczy, chcąc udać się do pokoju, jednak po domu rozniósł się dźwięk dzwonka.
Zastanawiając się kto to może być, Kelsey powoli skierowała się do drzwi, uświadamiając sobie, że to prawdopodobnie Carly. Wiedząc, że zawsze zapomina z domu zapasowego klucza, lekko zaśmiała się do siebie, otwierając drzwi. - Mówiłam ci-
Trzask.
Wyjmując ostatnie rzeczy ze swojego gabinetu, Bruce zamknął za sobą drzwi, wchodząc do głównego pokoju, w którym stała reszta, czekając na dalsze instrukcje.
Po zadzwonieniu do swoich dziewczyn i powiedzeniu im, że je kochają, wiedzieli, że nadszedł czas, aby zmierzyć się z resztą i nie zamierzali niczego zwalić. Nie teraz, gdy byli tak blisko.
Mimo, że pozytywnymi myślami próbowali przezwyciężyć pozostałe, ciężko było ignorować prawdę.
Atmosfera była napięta, nieuniknione czekało na nich na drugim końcu miasta i żaden z nich nie mógł nic z tym zrobić.
Albo musieli wszyscy ponieść straty, albo Justin musiałby stanąć ze śmiercią twarzą w twarz, a żaden z nich nie miał serca, żeby mu na to pozwolić.
Oblizując wargi, Bruce złączył je razem, wzdychając, próbując przypomnieć sobie ułożoną w głowie przemowę, ale stojąc przed mężczyznami, u których boku walczył przez tyle lat, nie mógł nic sobie przypomnieć.
Decydując się na słowa prosto z serca, odchrząknął, spoglądając na każdego po kolei - Dzisiejsza noc zakończy wiele rzeczy… - Zaśmiał się lekko.
- Zabrzmię jak kompletna pizda, ale to wszystko. - Wskazał ręką na otoczenie. - Nie oznacza, że tutaj kończy się nasza rodzina. Nazwijcie mnie słabym, nie obchodzi mnie to, ale wszystko zaczęło się tutaj i tutaj się skończy. Dorastaliśmy razem, umrzemy razem, niezależnie od wszystkiego.
Te słowa, to było dla Justina jak nóż wbijany w pierś, słuchając wszystkiego, co miał do powiedzenia. Z nich wszystkich to jemu było najciężej przyznać się do porażki, ale musiał to zrobić. Wszyscy musieli, ramię w ramię, tak jak zawsze.
Spoglądając na niego, Justin nie dostrzegł ani lidera, ani podłego człowieka, za którego uchodził w oczach innych. Dostrzegł kogoś, kto był dla niego lepszym ojcem, niż ten prawdziwy, wzorem do naśladowania w biznesie i prawdziwym życiu.
Ten mężczyzna był człowiekiem lojalnym i pełnym szacunku i okazywał to każdej osobie, którą napotkał. Pokazał mu jak traktować innych tak, jak sam chciałby być traktowany i ci, którzy patrzyli na niego z góry, cóż, mieli przerąbane.
To nie było łatwe dla Justina, obserwować jak wydawał rozkazy, po raz ostatni w życiu, wyprostowany i z podniesioną głową. Bruce poddawał się, przez co on sam nie musiał tego robić, a to znaczyło dla niego więcej, niż cokolwiek na tym świecie.
- Zanim pójdziemy. - Uniósł rękę, powstrzymując resztę od wyjścia i wziął głęboki wdech, spoglądając Bruce’owi prosto w oczy. - Chciałem tylko powiedzieć, że dziękuję… za wszystko. Wiem, że wiele dla mnie poświęciliście, to wcale nie było dla was łatwe i część nie chciała tego robić, ale fakt, że wszyscy to robicie, znaczy dla mnie ogromnie wiele, nawet jeśli zbyt często tego nie pokazuję.
Wysilając się na mały uśmiech, Bruce pokiwał głową, dając mu odpowiedź, której potrzebował. - Bracia pomagają braciom, prawda? - Klepiąc go po plecach, wszyscy wyszli, kierując się do czekającego SUV’a.
Spoglądając w dół na swój telefon, Justin przez chwilę przyglądał się zdjęciu Kelsey, po czym zablokował ekran i odłożył urządzenie na bok. Tej nocy nic nie mogło go rozpraszać, zwłaszcza gdy wiedział, że na pewno do niego zadzwoni.
Była jego źródłem spokoju; aniołem zesłanym aby uratować go z bram piekła i wystarczyło jedno spojrzenie na nią, aby zniknęły wszystkie jego problemy.
Zajmując miejsca, włączyli silnik i ruszyli wzdłuż ulicy, ich dom coraz bardziej się rozmazywał, gdy po raz ostatni na niego spoglądali.
To była noc, podczas której wszystko miało się poukładać i dopiero zaczynał pojawiać się niepokój, zwłaszcza w sytuacji, w której szli bezbronni, z niczym poza godnością.
Lyndon miał dostać to, czego od zawsze pragnął, a oni - oni mieli dostać coś, o czym zawsze marzyli, a to znaczyło dla nich o wiele więcej, niż pozostawienie po sobie w mieście głupiego śladu.
Łączyło ich wspólne dziedzictwo i nie musieli już nigdy więcej udowadniać swojej wartości. Zrobili to, co mieli zrobić i w końcu mieli dość.
Wysiadając na wilgotną ziemię terytorium The Snipers, Justin rozejrzał się po ciemnym i ponurym miejscu. Atmosfera była dopasowana do nastroju w którym wszyscy byli, niemalże naśladując to, co miało nastąpić w nocy.
 
Czuli się inaczej niż kiedy byli tu ostatnim razem i może było to spowodowane tym, że wiedzieli, że to jest koniec, albo dlatego, że było im to przeznaczone od samego początku. Tak czy inaczej, był to ostatni raz kiedy któryś z nich postawił nogę na tym właśnie chodniku zanim wszystko co posiadają nie będzie dłużej ich własnością.
 
– Jesteście gotowi? – Bruce spojrzał przez ramię na ludzi stojących za nim i przez ułamek sekundy, nie mógł uwierzyć własnym oczom. To było jak deja vu: ich twarze mignęły przed nim jak krótka podróż w czasie, przenosząc się kilka lat wstecz gdy wykonali swoją pierwszą robotę jako grupa. Świeży i młodzi, ich życia wolne od grzechu, które potem popełnią, a teraz, stoją tutaj z zamiarem popełnienia największego z nich.
 
Dopiero kiedy wszyscy skinęli, Bruce oderwał się od swoich myśli, zwilżył usta i ponownie odwrócił się do przodu, prowadząc ich przez podwójne drzwi prowadzące do głównego terenu The Snipers.
 
Zatrzymani przez strażnika, stanęli w miejscu gdy byli sprawdzani, ramiona i nogi rozłożone podczas gdy nieznany mężczyzna dokonywał rewizji, upewniając się, że nie mieli przy sobie żadnej broni po czym przeprowadził ich przez korytarz i kolejne drzwi. – Panie Mathews, są tutaj.
 
– Dziękuję, Richard. Zajmę się tym. – Powiedział Lyndon,  odwrócony do wszystkich plecami gdy siedział wygodnie w skórzanym fotelu zanim odwrócił się, by spojrzeć im prosto w oczy. – A cóż to sprowadza waszą piątkę do uświetnienia mojej obecności waszymi niezaprzeczalnie gniewnymi twarzami?
 
– Mamy to, czego chcesz. – Odezwał się szorstko Bruce, przechodząc do rzeczy.
 
Cisza.
 
– Wiedziałem, że w końcu do mnie przyjdziecie. – Lyndon wycedził z uśmieszkiem wymalowanym na twarzy, powodującym u każdego dreszcze. On był diabłem na tronie, a oni byli praktycznie jego niewolnikami dzisiejszej nocy. To on trzymał karty i nie było wiadomo, który z nich będzie jokerem.
 
Powstrzymując się przed dogadaniem mu, Justin stał z rękami przed sobą, jedna ściskała nadgarstek drugiej podczas gdy przyciskał język do podniebienia. Chciał jedynie podejść i go udusić, obserwować jak umiera na jego oczach, ale powstrzymywał się od zrobienia tego, przypominając sobie, że to musiało być zrobione w ustalony sposób, jeśli chce, by jego życie wróciło do normy.
 
– Czy to wszystko? – Lyndon przechylił głowę na bok, wskazując na trzymaną w ręku, zamkniętą teczkę.
 
– Nazwiska, kontakty, parowania, transporty, podaj nazwę, my to mamy;  wszystko co myślałeś, że masz, a tak naprawdę nie miałeś, jest właśnie tutaj. – Poklepał po czarnej powierzchni z dominującym uśmiechem, wiedząc, że musi dodać swoje dwa grosze w imię starych, dobrych czasów.
 
– No już, nie bądźmy tacy pewni siebie. Miałem tutaj sporo tego, co wy wszyscy mieliście-
 
– Ale nie miałeś wszystkiego, a właśnie to cię dobijało, że nie ważne jak bardzo się starałeś, zawsze wyprzedzaliśmy cię o krok. – Wtrącił Justin, nie będąc w stanie tylko stać, podczas gdy on ciągle gadał jak zepsuta kosiarka.
 
Spodziewał się jego wybuchu, jednak on pozostał spokojny. Oblizując wargi, Lyndon szczerzył się od ucha do ucha, cichy śmiech ochłodził powietrze, jakby byli w środku zamieci. – Myślę, że chyba mnie z kimś pomyliłeś.
 
– Nie. Ja myślę, że widać to bezpośrednio w pieniądzach, po prostu wstydzisz się tego przyznać. To znaczy, też byłoby mi wstyd, gdybym wygrywał tylko wtedy, gdy inni rezygnują.
 
– Co tylko pokazuje jak słabi tak naprawdę jesteście.
 
– Słabi? – Roześmiał się Justin. – Jest pewna różnica między poddawaniem się, a odpuszczaniem. Jeśli chcesz zamienić swoje życie w gówno w tym zjebanym miejscu, które uważasz za swoje, droga wolna. Ja nie zamierzam.
 
Wpatrując się w niego, Lyndon zamrugał kilka razy, pocierając oczy w kącikach. – To było wzruszające, prawie uroniłem łzę, tylko szkoda, że gówno mnie to obchodzi.
 
Stojąc, kiwnął głową w kierunku Bruce’a, gdzie pojawili się jego ludzie, wzięli od niego teczkę i przekazali Lyndonowi.
 
– Twoim błędem, Bieber, było myślenie, że miłość wniesie trochę światła do twojego żałosnego życia. Wy wszyscy jesteście tylko bandą amatorów i to moja załoga musiała tutaj przyjechać i pokazać wam czym jest prawdziwy gang.
 
– A teraz wyjaśnijmy sobie jedną rzecz. – Zaczął tym razem Bruce, gdy stanął twardo, wyprostowany, swoją postawą przyćmiewając wszystkich w pomieszczeniu. – Musiałeś odstawić praktycznie wszystkie książkowe akcje, żebyśmy skończyli tu gdzie jesteśmy. Gdy to my rządziliśmy wszystkim w Stratford-
 
– Dokładnie. – Lyndon przerwał mu ostro. – Gdy rządziliście. Ale już przecież tego nie robicie.
 
– Zdziwiłbyś się, co wciąż mogę zrobić. Nie potrzebuję jebanego gangu, żeby rozerwać ci gardło właśnie tam, gdzie stoisz. Mógłbym to zrobić sam, więc może zaczniesz liczyć się ze słowami, zanim się rozmyślę i zabiorę wszystko z powrotem, a ty zostaniesz z niczym?
 
– Trochę na to za późno, Santos, nie uważasz? Zważywszy na to, że wszystkie twoje informacje mam w tej teczce i jeśli bym tego chciał, moi chłopcy Walter i Sims, mogą wpakować wam po kulce.
 
– Pieprz się.
 
– Przykro mi, ale nie lubię chuja w dupie, w przeciwieństwie do was, koledzy. – Rzuciwszy to, otworzył teczkę. – Teraz może przejdziemy do interesów. – Przeglądając każdy papier, który był w środku, kiwał do siebie głową widząc, że wszystko się zgadza.
 
– Póki co, wygląda dobrze. – Powiedział, po czym zamknął teczkę i przekazał ludziom, którzy opuścili z nią to miejsce, zamykając w bezpiecznym sejfie do którego tylko Lyndon znał szyfr.
 
– Jestem zaskoczony, że nie próbowałeś żadnych sztuczek, zazwyczaj Bieber miałby coś do powiedzenia, bo wszyscy wiemy jak bardzo kocha rzucanie niepotrzebnych bzdur, które gówno nas obchodzą, a później oczywiście rzuca się z pięściami. – Pokręcił głową, ciągle patrząc w jego kierunku, trwały uśmieszek przyklejony do jego twarzy. – Co tak właściwie myślałem, że stanie się właśnie teraz. – Spojrzał w dół, na swój zegarek. – Ale wygląda na to, chłopaki, że nauczyliście się dobrze zachowywać.
 
Klaszcząc obrzydliwie głośno, oparł się o swój fotel. – Jestem pod wrażeniem. Najwyższa pora żebyście się nauczyli, gdzie jest wasze miejsce.
 
– Skończyliśmy?
 
– Ta. – Lyndon złączył palce i założył nogi na biurko, obserwując jak popatrzyli się na niego po czym powoli odwrócili i zaczęli wychodzić, gdy zatrzymali ich ludzie Lyndona.
 
– Co do cholery?
 
– Och. – Zaśmiał się fałszywie. – Prawie zapomniałem wam powiedzieć. Aby całkowicie odpaść z wyścigu, musicie zainicjować swoje odejście z grupy.
 
– Wiemy o tym. – Warknął Marco. – Ale co to ma wspólnego z tobą? – Powoli zaczynał tracić cierpliwość, nie to, żeby wiele jej zostało i była to jedynie kwestia czasu zanim wszystko wymknie się spod kontroli.
 
– Zobaczysz.
 
– Pieprzyć to gówno. Spadam stąd. – Rzucając rękoma do góry, udał się w stronę drzwi zanim ponownie został zablokowany przed wyjściem.
 
– Jezu, kurwa, Chryste.
 
– Żadna praca nie pozostaje niedokończona. – Lyndon syknął z miejsca w którym siedział.
 
– A jak ty sobie, kurwa, wyobrażasz, że to zrobimy? – Odwrócił się, by się z nim zmierzyć.
 
– Mam swoje sposoby. – Lyndon oblizał usta po czym górny rząd zębów wbił się w wargę, jego oczy połyskiwały z diabelskich intencji, zło, które w sobie trzymał teraz promieniowało od niego jak magnes, a chłopcy byli do niego przyciągani. – Znacie zasady. Lider grupy odpowiada, co oznacza, że jako pierwszy pobije swojego kolegę z gangu, ale widząc jak ty też wychodzisz, pomyślałem, że równie dobrze mógłbym ci pomóc i stojący tam Sims będzie pierwszym, który skopie ci tyłek. Jedynym haczykiem jest to, że nie możesz z nim walczyć.
 
– To nie było częścią planu.
 
– I to właśnie zapewnia większą zabawę.
 
– To wszystko jest dla ciebie tylko pieprzoną grą, prawda?
 
– Kiedy na to wpadłeś? Dopiero teraz czy zanim się tu pojawiłem? – Wstając, Lyndon stanął z przodu biurka i oparł się o nie. – Daj spokój, Bruce. Nie możesz udawać zaskoczonego. Wiedziałeś, że nadchodzę i to już od samego początku i jestem pewien, że ostrzegł cię twój wujek. Wiedział kim jestem, szkoda tylko, że twoja ciocia nie żyje, by to potwierdzić.
 
– O czym ty do cholery mówisz?
 
– Zdjęcia, które ci wysłałem musiały być nieco bolesne by na nie patrzeć, jestem tego pewien, więc dam ci kredyt zaufania.
 
– Jakie zdjęcia?
 
Wywracając oczami, westchnął dramatycznie. – Czy muszę ci wszystko wyjaśniać, gnoju? – Kiedy nikt nic nie powiedział, nie żeby dał im możliwość odezwania się, pokręcił głową. – Och, kogo ja oszukuję.
 
– Bieber został zwolniony tydzień później. Wysłałem ci przypomnienie, że przyjadę. W swój własny sposób, oczywiście. Bomba przeznaczona dla twojego wujka wyrządziła wiele szkód na jej ciele, jej szczątki były dla ciebie do zatrzymania.
Myśląc o tamtym momencie, poczuł jakby kilka cegieł spadło z sufitu i uderzyło go prosto w głowę. - Jesteś chory.
- Jestem twórczy. - Prawie natychmiast odpowiedział. - Wszyscy ci, którzy tu się pojawiają próbują wyrobić sobie imię robiąc typowe rzeczy, by uzyskać twoją uwagę. Ja lubię myśleć kreatywnie, poza wszystkimi granicami.
- Trochę za bardzo, ty jesteś kurwa chory. Jesteś psychopatą. - Wyrzucił Justin, zdegustowany. W swojej przeszłości stawał twarzą w twarz z wieloma mężczyznami, którzy nie wiedzieli, co to wstyd, ale Lyndon, zdecydowanie był z nich najgorszy.
- Teraz się odezwał, Justin nie zaczynajmy się wyzywać. Naprawdę stąpasz po cienkim lodzie, i gdybym był na twoim miejscu, lepiej uważałbym na to, co mówię.
- Idź do piekła.
- Czy już w nim nie jesteśmy?
Bruce czuł złość pulsującą w jego żyłach, przed jego oczami pojawiły się czarne plamy, a on starał się je odpędzić, mrugając i starając się zrozumieć, co tu się dzieje. Nie mógł zrozumieć, jak on mógł stać za śmiercią jego ciotki. Nie było takiej opcji, to po prostu było niemożliwie, ale gdy zaczął wszystko składać w całość, zrozumienie zaczęło do niego przychodzić. - Dlaczego?
- Zawsze chciałem przejąć kontrolę, a co jest lepszym sposobem niż zaczęcie od samego początku? Twój wujek po prostu był jednym z nich. Sprzątnąłem go z drogi, bądź co bądź i tak lubi robić swoje sekretny interesy na Barbadosie, teraz on przestał mi przeszkadzać, więc i ja przestałem mu. Jeden z głowy i jeden jeszcze przede mną. Mój ojciec zdjął twojego dziadka, i jego czyn będzie miał tylko sens, gdy ja sprzątne ciebie. Tradycja Santosów odznacza się w świecie mojej rodziny, a ja chciałem ją zniszczyć ją nieważne, kto jeszcze jest w to zamieszany.
- Justin robił dobre przedstawienie, tak długo, jak zajmował się swoimi sprawami. Ludzie nie bali się tylko ciebie i twoich chłopców, obawiali się tego, co Danger wyniesie na światło dzienne. To było ciekawe, obserwować, te wszystkie jego wyczyny, ale gdy potem zorientowałem się, że go zamknęli za to brudne morderstwo, wiedziałem, że nie był tym, za kogo postrzegali go inni. To było szczęście. Jednak ja nie polegałem na szczęściu, polegałem na wiedzy. Wiem, jak grać w tę grę, lepiej niż ktokolwiek inny, właśnie dlatego, wy, odmówiliście oddania mi władzy. Chcieliście mnie zwalczyć, zebraliście the King i wywołaliście jakieś nielegalne ruchy, od razu niewelując jakiekolwiek szanse na wygraną. To nie moja wina, że bardzo szybko podejmujecie decyzje, bez zastanawiania się jakie mogą wyniknąć z nich konsekwencje. Twoja matka i narzeczona Bieber były tylko pionkami w tym wszystkim, co od początku dla was zaplanowałem. To było tylko mała demonstracja tego, do czego jestem zdolny. Nie chciałem nikogo zabić, wiedziałem, że zostaną ocalone w jakiś sposób, i jeśli nie dostałbyś się obu z nich, poprosiłbym o zrobienie tego jednego z moich ludzi. To było zabawne, obserwować, kogo wybierzesz, a dokonałeś rozsądnego wyboru. Nie lubię grać nieczysto, lubię patrzeć co się dzieje w twojej głowie, jakie pomysły ci do niej przychodzą, by zdobyć odpowiedź. Jakie przemyślenia cię nachodzą, by móc kontrolować całą sytuajcę, ale nie ważne co zrobiłem, wy zawsze szliście w inną stronę. To jest jak granie z garstką naiwnych dzieci, które widzą tylko ściężkę ułożoną z ciastek przed ich oczami i nic poza tym. Chcą kawałek, chcą go mieć więc nic ich nie powstrzyma, żeby je zdobyć, ale czy myślą o tym co robią? Nie. Robią krok bez orientowania się, że ich matka stoi krok dalej gotowa by ich ukarać, więc na sam koniec nie mają nic. To jest właśnie to, co wy macie. Nie widzicie tego? - Przerwał, pozwalając im wszystko przetrawić. - Wygrywałem przez cały ten czas.
- Ty skurwysynu! - Warknął Justin, gdy rzucił się do przody, zanim został powstrzymany przez jednego z facetów Lyndona, gdy Bruce również zaczął iść do przodu. Walcząc, by wyrwać się z jego uścisku, Justin chciał wbić swoje pięści w jego twarz, jednak dalsza walka nie miała sensu, gdy dwójka innych mężczyzn interweniowała, odciągając również i Bruce’a.
Śmiejąc się, Lyndon stał obserwując scenę rozgrywającą się przed nim. - Możecie się złościć ile chcecie, ale to nie i tak nic nie zmieni.
- Ciągle mogę pokiereszować twoją pierdoloną twarz! - Warknął, zanim uwolnił się od facetów. - Po prostu z tym skończmy. - Justin zsunął z siebie swoją skórzaną kurtkę, a potem rzucił ją w róg pomieszczenia i podwinął rękawy swojej koszulki.
- Chcesz pobić się z takim gównem jak ja? Dalej. Nigdy nie miałeś jaj, żeby to zrobić, kiedy mogłem z tobą walczyć, możesz również spróbować teraz, chyba że nie możesz, bo jesteś pierdoloną cipą.
Pierwszy cios nadszedł nieoczekiwanie, zanim Justin miał szasnę zorientować się co się dzieje, gdy Vick, jeden z członków gangu Lyndona, wbił swój kastet w bok jego głowy.
Czując uderzenie, twarz Justina poleciała w prawą stronę z powodu mocnego ataku, jego skroń pulsowała z bólu, ale nie odważył się wydać z siebie jakiegokolwiek dźwieku, gdy kolejna pięść spotkała się z jego twarzą, zanim ktoś kopnął go z przodu.
Od razu, twarz Kelsey wypłynęła z jego wspomnień, które trzymał w swojej głowie. Ona była jedyną rzeczą, która powstrzymywała go od oddawnia ciosów, wiedząc, że musi to robić, jeśli chcą się żyć życiem, w którym nie będzie bólu i cierpienia, które własnie w tym momencie odczuwał.
- Poczekaj. - Głos Lyndona przerwał cały proces. - Wiesz, co sobie pomyślałem, co uczyni to jeszcze bardziej ciekawym? Jeśli Bruce będzie jedynym, który skończy resztę. Nie sądzicie chłopcy?
Mamrocząc w odpowiedzi, Vick cofnął się, żeby Bruce mógł zając jego miejsce.
- Nie ma mowy. - Warknął. - Nie dotknę go.
- Co? Widowania nie jest dla ciebie wystarczająco dobra? Pobiłeś go wystarczająco dobrze w noc, w którą byliście sami, równie dobrze moeżesz to zrobić teraz, przy wszystkich.
Zaciskając szczękę, Bruce zrobił krok w kierunku Lyndona, gdy Benny, kolejny jego wspólnik, przytrzymał go za ramię.
- Dziś w nocy nie zobaczymy tej małej, okrutnej rzeczy? - Zweżając oczy, pochylił się do przodu, skinąwszy w kierunku Justina. - Uderz go, albo zabiję was wszystkich. To bardzo proste.
- Nie zrobię tego.
- W porządku. - Przerwał Justin. Gdy miał być pobity do nieprzytomności, kto zrobi to lepiej niż człowiek, który wciągnął go w to życie, z którym zaczął?
- Justin…
- Po prostu to zrób.
Podwijając swoje rękawy, Bruce wpatrywał się w niego długo i intensywnie, zauważając odbarwienie na jego twarzy, od uderzeń, które przed chwilą otrzymał, zanim sam to zrobił, uderzając go prosto w nos, kiereszując jego twarz, wiedząc, że właśnie mu go złamał.
Kilka kopnięć i uderzeń póżniej, Justin leżał na ziemi, intensywność tego wszystkiego, co działo się dookoła i brak możliwości obrony odcisnęły na nim swoje piętno, radość przynosiła mu jedynie zimną podłogą pod nim.
Dzwonienie wydobywające się z kurtki Justina nie było słyszane przez cały ten chaos dookoła nich, ale gdy Lyndon popatrzył na jego kurtkę, uciszył każdego, by upewnić się, że jego plan idzie w takim kierunku, jakim go zaplanował.
Wsłuchując się w lekkie wibracje i kilka dzwonków, wyszczerzył się do siebie. - Wystarczy.
- Co?
- Powiedziałem wystarczy. - Lyndon popatrzył na nich. - Weź jego telefon. - Rozkazał Vickowi, który podniósł skórę z podłogi, obklepując kieszenie, zanim znalazł tę, w której był jego telefon, a potem wyciągnął go. - Daj go Justinowi.
Wpatrując się w sufit, starając się dowiedzieć, co dzieje się dookoła niego, Justin ledwo mógl dojrzeć urządzenie, które Vick trzymał w dłoni, zanim podał mu go, żeby go wziął. Podnosząc się, zignorował ból w całym ciele, wziął telefon, cały czas patrząc na Lyndona, zastanawiając się, co się do cholery dzieje.
- No dalej. - Zachęcał. - Odbierz.
- Halo?
- Justin? - Spanikowany głos był słyszalny z drugiej strony, powodując tym, że jego serce zaczęło wściekle uderzać w jego piersi, prawie ją rozsadzając.
- Tak?
- Oh, dzięki bogu, że się obudziłeś. Dzwoniłam do ciebie kilka razy, ale nie odbierałeś!
- Przepraszam, byłem, można powiedzieć, w środku robienia czegoś. Dlaczego? - Spytał, a jego oczy nie opuściły chociaż na chwilę diabelskich oczu Lyndona, gdy przycisnął swój telefon jeszcze mocniej do ucha. - Co się dzieje?
- To Kelsey. - Wyrzuciła z siebie, wyrzucała z siebie tylko krótkie oddechy, zorientował się, gdy zwrócił większą uwagę na nią i na jej telefon. - Ja… ona została ranna.
- O czym ty mówisz?
- Wzięli ją na ostr dyżur, właśnie ją przywieźli.
- Carly…
- Jest źle, Justin. Jest naprawdę, bardzo źle. - Płakała w telefon.
Odwracając się, popatrzł na Johna, a jego brwi zmarszczyły się. - Carly. - Wykrztusił, walcząc z ostrym ukłuciem w swojej piersi. - Co się stało?
- Muszę iść.
- Carly!
- Przyjedź tu, jak najszybciej możesz. - I z tymi oto słowami, odłożyła telefon.
Zaciskając szczękę, Justin czuł, jakby jego głowa miała zaraz eksplodować. Wszystko uderzyło go w jednym momecie, nie zajęło to długo, zanim pozbierał się na tyle, by zobaczyć, że Lyndon uśmiecha się, jakby wygrał coś na loterii. - CO JEJ ZROBIŁEŚ?! - Warknął, gdy rzucił się w jego stronę, nie marnując czasu i od razu chwytając go za kołnierz i unosząc przy drewnaniej krawędzi deski, o którą się opierał, otrzymał od niego solidny cios, jednak machnął rękę do jednego ze swoich ludzi, by trzymali się z daleka.
- Zasada numer jeden. - Wyszeptał Lyndon groźnie, spluwając krwią na bok, gdy oblizał róg swoich ust. - Nigdy nie zawieraj umów z diabłem. 

____

Dobry wieczór, kochane :) Tu Dems. Rozdział przetłumaczony wspólnymi siłami, mam nadzieję, że wam się spodoba. To tak - JESZCZE RAZ TO WYTŁUMACZĘ - jeśli autorka dodaje rozdział w środę, my dodajemy w następną środę, tydzień później. To naprawdę nie jest takie trudne, kochane  :)