Rozdział 52.

Chowając się w cieniu rozwalonego apartamentowca, Justin czekał cierpliwie z plecami przyciśniętymi do obdartej ściany, a czas mijał. Strzepnął popiół ze swojego papierosa i ponownie zaciągnął się dymem, pozwalając mu na trochę zostać w płucach, zanim wypuścił go w powietrze.

Krople z zepsutego zlewu w kuchni rozbrzmiewały w całej pustej przestrzeni, potęgując straszne uczucie. W środku było ciemno, zero światła poza małą lampką, którą umieścił obok towaru na dzisiejszą noc.

Było już po północy, świerszcze ukrywające się pod krzakami rozbrzmiewały w zimnie, podczas gdy samochody przejeżdżały tam i z powrotem do wyznaczonych miejsc.

- Idzie. - Powiedział Bruce wyłaniając się zza drzwi, kończąc rozmowę i wsuwając telefon do kieszeni dżinsów. - Czy jesteś pewien, że chcesz to zrobić sam?

- Już o tym rozmawialiśmy. - Odezwał się szorstko. Jego ciemne oczy oświetlone były światłem księżyca dostającym się przez zasłony założone na brudne okna, gdy wyciągnął papierosa z ust i pozwolił mu zwisać między palcami. - Cole jest mój.

Upuścił papierosa na podłogę i zdeptał go podeszwą buta, po czym wskazał wyjście. - Teraz bądź uważny.

Po drugiej stronie drzwi słychać było grzechot kluczy od samochodu i wszyscy stanęli, czekając na idealny moment do uderzenia.

- Mamy tu dwie torby trawki i kilka stosów koksu. - Mruknął cicho jeden z nich. - Lyndon powiedział, że chce je wszystkie na dzisiejszą wysyłkę.

- Dobrze, więc zajmij się tym szybko, zanim będzie za późno i poda nasze głowy na srebrnych tacach. - Wsunął klucz i przekręcił go, po czym otworzył drzwi. Nie trwało to długo, aż Bruce unieruchomił Petera, a Cole dostał w głowę.

- Zwiąż go. - Mruknął Justin, obserwując jak Marcus łapie Cole’a pod ramiona i zaciąga do innego pokoju.

- Co to, do kurwy? - Warknął wkurzony Peter, próbując się uwolnić. Miał teraz ręce wykręcone za plecami pod takim kątem, że bolały go plecy i zacisnął zęby, oczy miał szeroko otwarte niczym jeleń stojący przed światłami samochodu.

- Oh, to? - Justin przez chwilę zgrywał głupka. - To tylko zasadzka, ale wiesz, co stanie się po tym? - Zaśmiał się sarkastycznie z szyderczym uśmiechem na ustach. Śmierć w jego oczach wywołała dreszcze u wszystkich. - To nazywa się karma, a ty niedługo nieźle jej zasmakujesz. - Odwrócił się do Bruce’a. - Zabierz go stąd.

- Nie ujdzie ci to na sucho. - Warknął, gdy zaczęli go wyprowadzać z pokoju. - Dowie się i cię zabije!

- Myślisz, że obchodzi mnie, co myśli twój szef? - Krzyknął za nim Justin. - Pomyśl ponownie. - Rzucił w ich kierunku rolkę taśmy izolacyjnej i skinął głową w kierunku Petera. - Zaklejcie mu usta, żebym nie musiał go słuchać.

Oderwali kawałek taśmy i przykleili ją na ustach chłopaka, po czym zniknęli za drzwiami.

- Jest przywiązany do wylotu w dachu. - Mruknął Marcus, wycierając ręce o swoje dżinsy. - Daj mu godzinę lub więcej i powinien się obudzić, nie uderzyłem go na tyle mocno, by był nieprzytomny dłużej.

- Dobrze, idź pomóc Bruce’owi zająć się tym drugim. Mam to pod kontrolą. - Został sam i poszedł do innego pokoju, gotowy, by zabrać się do pracy.

Czekał na ten moment od czasów, gdy Snipers postawili stopę w Stratford. Zemsta to coś, co wychodziło mu najlepiej i tym razem nie miał zamiaru dać się powstrzymać. Dał im wiele szans, chcąc być lepszym człowiekiem dla Kelsey, ale bez niej, nie miał już nic, co powstrzymałoby go od zabicia każdego z nich.

Napełnił wiadro zimną wodą i upewnił się, by poczekać, aż usłyszy głos, zanim wyleje to na głowę Cole’a.

- Pobudka, pobudka! - Zawołał wesoło i zachichotał do siebie. - No już, wiem, że nie śpisz.

Cole zajęczał i pokręcił głową, ciężko oddychając. Zamrugał, zrzucając kropelki wody ze swoich rzęs i starając się zrozumieć, co dzieję się wokół niego.

- Co się dzieje?

Justin klasnął i potarł o siebie swoje dłonie.

- To chwila, którą chciałbym nazwać upieczeniem dwóch pieczeni na jednym ogniu i nie uwierzysz, kto bierze w tym udział! Tak, masz rację, ja - Justin Bieber ze specjalnymi gośćmi, Cole’em Santangelo i Peterem Constentino! - Udał rundę oklasków i syków, jakby otaczał ich tłum. Uśmiechnął się, opuszczając ręce.

- Zaczyna się to jakoś tak. - Odwrócił się i szybko złapał nóż, po czym machnął nim przed jego twarzą. - I tak. - Przejechał nim po nodze chłopaka i patrzył, jak ten wrzeszczy z bólu.

Nie pokazując na twarzy żadnej emocji udał się do koszyka, który umieścił tu dzień wcześniej i chwycił jego krawędzie, wpatrując się w niego.

- To była tylko próbka tego, co mam zamiar ci zrobić. Widzisz, zrozumiałem, że torturowaliście mnie tak bardzo, że zrobię wam teraz to samo — tylko tym razem umrzesz, a ja pokocham każdą sekundę tej chwili.

- Jesteś cholernie słaby. - Splunął na bok, ale jego oczy wypełniała zazdrość do człowieka, któremu praktycznie wszystko odebrał.

- Widzisz, i tu się mylisz. - Wziął do ręki klucz francuski i zwrócił uwagę na to, jak gruby jest, po czym spojrzał na Cole’a. - Wiem, że nie nauczyłeś się być na tyle naiwnym i głupim. Zdobyłem swoją reputację, gdy jeszcze byłem dzieckiem, ponieważ miałem wszystko w dupie. Na przestrzeni lat mogło się to zmienić, jednak dzięki Lyndonowi nauczyłem się, że to ani trochę nie pomaga. Może myślał, że sam sobie wyświadcza przysługę, ale tak naprawdę tylko upewniał się, że nie spierdolę tego wszystkiego ponownie.

Wziął klucz i podszedł do niego, po czym zamachnął się i uderzył go w kolano.

Cole krzyknął, podczas gdy strzyknięcie kości odbijało się w ich uszach. Na ustach Justina pojawił się zadowolony uśmiech, pasujący do satysfakcji, którą czuł w sobie.

Uderzył go ponownie w to samo miejsce, jednak tym razem nożem i upewnił się, by podciągnąć go do góry; rozciął jego skórę aż do uda, po czym zrobił to samo z jego drugą nogą. - To za Kelsey. - Groźnie szepnął mu do ucha. - I lepiej uwierz, że nie odpuszczę ci pieprzenie z moją mamą.

Zamienił klucz na parę metalowych łomów, które wcześniej znajdowały się nad palnikiem, by spowodować większy ból. Wziął nóż i rozdarł koszulę Cole’a, po czym zerwał ją z niego i przeciął mu brzuch. Krew lała się ze świeżych ran, po czym spływała do tworzącej się pod nim kałuży.

Cole odrzucił głowę do tyłu i głośno warknął, wbijając zęby w wargę tak mocno, że zasmakował własnej krwi.

Justin zahaczył o jego skórę łomem i bez zawahania pociągnął ją w dół, odsłaniając świeżą warstwę pod spodem. Krzyki ponownie wypełniły powietrze.

Cały czas ciągnął, a z góry rozległ się się głośny, agresywny ryk, gdy Justin odsunął się, by ponownie podgrzać końcówkę łomu.

- Zabiję cię, kurwa. - Splunął na niego krwią, groźnie mrużąc oczy i starając się utrzymać ostre spojrzenie.

- Sam jesteś nikim i nadal będziesz nikim, gdy umrzesz. - Przeciął go w dół piersi i użył łomu, by ponownie otworzyć jego skórę; na żywca powoli obdzierał go ze skóry, jako przypomnienie wszystkich zagrożeń, jakie uczynił do tej chwili.

Przysiągł na wszystko co kiedykolwiek kochał, że uda mu się odwdzięczyć za ten cały ból i cierpienie, który spowodował nie tylko jemu, ale i jego rodzinie. Nie chodziło już tylko o niego, chodziło o wszystkich.

Kilka lat temu pewnie nawet by się tego nie spodziewał — dbanie o kogoś innego niż o siebie samego. Rodzina nie istniała w jego słowniku, a miłość była tylko słowem wymawianym, by dostać to, czego chciał, ale teraz — była dla niego wszystkim.

- Przekroczyłeś linię tamtej nocy myśląc, że możesz po prostu deptać po ludziach, na których mi zależy i nie martwić się o konsekwencje. - Zrobił krok w tył, gdy Cole zaczął słabnąć, po czym ostatni raz odetchnął i całkowicie odpłynął.

Justin wyciągnął telefon z kieszeni i wykręcił numer.

Bruce odwrócił się i spojrzał przez ramię, odbierając telefon i przykładając go do ucha. - Halo?

- On nie żyje.

Cisza.

Krzycząc w taśmę zaklejającą usta, Peter walczył ze sznurami, które ograniczały jego nadgarstki, jednak nie miało to sensu, gdyż tylko dalej go raniły.

Bruce skinął. - Tutaj też zaraz kończymy.

Minęły trzy dni odkąd Justin ostatnio odwiedził Kelsey i napięcie wiszące w powietrzu było większe, niż kiedykolwiek. Odmawiała jedzenia, nie będąc w stanie przełknąć nic od czasu zerwania. To zabiło ją wewnętrznie bardziej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać i mimo, że jej tata, wraz z mamą i Carly, starali się jej pomóc jak tylko mogli, Kelsey pozostawała zniszczona.

Płakała do snu przez większość nocy, ściskając prześcieradło, aby przybliżyć się do komfortu, jakby była w miejscu, gdzie oplatałyby ją ramiona, do których tak się przyzwyczaiła.

Nie rozumiała jak ktoś, kto tak długo deklarował jej miłość, mógł po prostu ją zostawić, jakby ostatnie cztery lata nic dla niego nie znaczyły, jakby ona nic dla niego nie znaczyła, ale głęboko wewnątrz wiedziała, że to wszystko było tylko grą.

Justin zachowywał się tak, gdy sytuacja stawała się poważna; odgrywał scenę i tracił rzeczy, których nigdy nie umiał kontrolować. Obwiniał się za wiele, wliczając w to związanie się z nią, gdyby tylko wiedział, że ich spotkanie kilka lat temu było bardziej jak ratunek, niż śmierć.

Jednakże był uparty i zrobiłby wszystko, aby upewnić się, że jest bezpieczna i z daleka od krzywd, nawet jeśli to oznaczało, że nie mogli być razem. Zrobił w życiu wiele samolubnych rzeczy i im dłużej Justin siedział w komfortowym domu, patrząc się w sufit i mając zakrwawione dłonie, tym bardziej uświadamiał sobie, że nie może być już dłużej samolubny wobec niej.

- Gotowa, żeby wracać do domu? - Kelsey nawet nie wysiliła się na spojrzenie w górę, gdy jej matka weszła do pokoju. Z nich wszystkich, miała nadzieję, że chociaż ona zrozumie, ale jak reszta, myślała, że tak będzie dla Kelsey najlepiej.

- Tamto miejsce nie jest moim domem.

- Kelsey…

- Mój dom jest z Justin’em, więc jeśli tam mnie zabierasz, to tak, jestem gotowa. Jeśli nie, wyjdź z mojego pokoju.

- Rozumiem, że się złościsz, ale jesteś tu od ponad tygodnia Kelsey, czas wrócić do domu i porządnie wyzdrowieć.

- Nie możesz uzdrowić mojego serca, więc gdzie tu sens?

- Zachowujesz się dramatycznie.

- Dramatycznie? - Zaśmiała się sztucznie. - Mówimy tutaj o moim życiu! Mam prawo być zła o to, że rozpada się na kawałki i nikt poza mną nie zamierza tego zatrzymać.

- To nie tak, że nie chcemy, Kelsey, ale musisz się zrelaksować. Jeśli Justin uważa, że to dla ciebie najlepsze, to w takim razie tak powinnaś teraz postąpić, to wcale nie znaczy, że jutro wszystko nie wróci do takiego stanu, jak było wcześniej. Jest zdenerwowany i potrzebuje czasu dla siebie.

- Nie, to czego potrzebuje, to ja, mamo. Potrzebuje mnie, ponieważ beze mnie, on… - Przerywając, natychmiastowo pokręciła głową. - To dla niego niebezpieczne.

- Skarbie…

- Nie, mamo, ty nie rozumiesz, okej? On jest… chory.

- Cóż. - Zmarszczyła brwi na nowo poznaną informację. - Bierze swoje przepisane leki? Co z nim nie tak?

- To nie tak… - Kręcąc głową, Kelsey zacisnęła usta, próbując wydobyć z siebie coś, co miałoby sens. - On… on przegrywa z samym sobą.

- Kochanie, nie nadążam.

- Oczywiście, że nie, nikt nie rozumie, dlatego właśnie chcę, żebyś zabrała mnie do domu… mojego domu.

- To właśnie starałam się zrobić…

- Nie. - Spięła się z irytacją, zdesperowana, aby ktoś ją zrozumiał. - Nie chcę wracać do ciebie i taty. Potrzebuję, żebyś zabrała mnie do Justina.

- Kelsey…

- Proszę. - Wyszeptała. - Muszę z nim tylko porozmawiać. Muszę się upewnić, że wszystko z nim okej. Muszę go zobaczyć. Tylko w ten sposób gdzieś z tobą pójdę.

Rozważając to co powiedziała, Maria wzięła głęboki wdech, widząc ból i desperację w oczach swojej córki. Pragnęła dla niej tylko tego co najlepsze i chociaż to co się stało było tragiczne, nigdy nikogo za to nie winiła. Troszczyła się o Justina jakby był jej własnym synem, a miłość, którą darzył jej córkę, była niezniszczalna, ale obawiała się. Bała się tego, że jeśli zrobi to, o co prosi Kelsey, wróci do domu jeszcze bardziej przybita, niż już jest.

- Czy ty… czy ty jesteś tego pewna? Może powinnyśmy odczekać jeszcze kilka dni…

- Chcę go zobaczyć teraz. Nie chcę czekać ani chwili dłużej.

Pokój wypełniła cisza, gdy stały i patrzyły się na siebie, dopóki wreszcie się na to zgodziła.

- Dziękuję, dziękuję, dziękuję. - Zrzuciła nogi z łóżka, a Maria szybko podbiegła, pomagając córce wstać.

- Dziesięć minut. - Ostrzegła. - Tylko tyle ci daję. Ledwo możesz wstać.

- Mamo, wszystko w po… - Prawie upadła po raz kolejny, jednak Maria złapała ją, nie dając jej na to szansy.

- Okej, wystarczy. Zostaniesz tu, a ja pójdę porozmawiać z lekarzem. Poczekajmy jeszcze z godzinę, zanim wyjdziemy, okej? Chcę mieć pewność, że to bezpieczne.

Przytakując, Kelsey odczekała, aż wyjdzie, po czym znowu wstała, upewniając się, że nikogo nie ma, po czym odłączyła kroplówkę od ręki, wraz z rurkami przyczepionymi do nosa. Mając na sobie tylko szpitalną koszulę, podeszła na palcach do drzwi, chowając się momentalnie, gdy przechodziła pielęgniarka, następnie rozglądając się i wychodząc.

Wchodząc do magazynku, który widziała raz idąc do łazienki, Kelsey szybko zamieniła szpitalną koszulę na lekarski uniform.

Trzymając głowę w dole, próbując jak najmocniej nie kuleć przez ból w nogach, powstały od niezliczonych kopnięć, Kelsey szła przed siebie, wtapiając się w resztę pielęgniarek, gdy wcisnęła się do najbliższej windy, zmuszając drzwi do zamknięcia się, zanim ktokolwiek mógłby wsiąść razem z nią.

Wiedząc, że nie minie sporo czasu, aż jej matka wróci i zauważy, że zniknęła, Kelsey wierciła się w miejscu, podnosząc głowę na dźwięk wydany przez windę na parterze.

Szybko omijając tych, którzy wchodzili do windy, przeszła przez obrotowe drzwi i wyszła na ulewę. Spoglądając w górę na niebo, nie zdała sobie wcześniej sprawy, że na dworze jest tak brzydko, Kelsey nawet nie zawracała sobie głowy osłonięciem się przez deszczem. Zamykając oczy, pozwoliła temu wszystkiemu się wchłonąć, biorąc głęboki wdech przez nos i wypuszczając powietrze ustami, prosto na zimny wiatr.

Nie wychodziła na zewnątrz od ponad tygodnia i prysznic matki natury był wystarczający, żeby młoda brunetka zrozumiała, ile to wszystko było warte.

- Przepraszam panią. - Podskakując i odwracając się w strachu, że to ktoś szukający jej, zarumieniła się, orientując, że to tylko ktoś, kto chciał przejść.

- Oh, przepraszam. - Odgarniając włosy za ucho, Kelsey schowała dłonie w małych kieszeniach uniformu, który miała na sobie, po czym ruszyła wzdłuż ulicy, zauważając, że będzie w stanie dojść do domu na nogach.

Drogę tam miała wyrytą w sercu, nie musiała nawet patrzeć na kierunki. O tej porze było już ciemno i mimo, że w jej głowie pojawił się strach, była zdeterminowana, aby znaleźć Justina i zmusić go, aby przyjął ją z powrotem.

Byli stworzeni do tego, aby być razem, wiedziała to w głębi serca i wiedziała, że on też to wiedział. Wszystko, co musiała zrobić, to iść tam i porozmawiać z nim, albo tak przynajmniej sobie wmawiała.

Wszyscy wiedzieli, że Kelsey potrafi być bardzo uparta i czasami jej najgorsza wada mogła być też jej słabością, ponieważ gdy ktoś tak samo uparty jak ona, na coś się zdecydował, prawie niemożliwe jest to zmienić.

Po czasie, który trwał jak godziny, dotarła na miejsce, przemoczona od stóp do głów. Zauważając auto Justina na podjeździe, bicie jej serca przyspieszyło. Podchodząc do drzwi frontowych, Kelsey przycisnęła dłonie do kieszeni, gdy uświadomiła sobie, że nie ma nawet kluczy do domu. Przygryzając wnętrze policzka, wyprostowała się, biorąc głęboki wdech i uderzyła knykciami o drewniane drzwi.

Kilka uderzeń później, cofnęła się o krok i czekała. Mogła przysiąc, że jej serce zaraz wyleci z klatki, w której było schowane. Nerwy sprawiały, że robiło jej się niedobrze.

Wstrzymała oddech, gdy słyszalny był dźwięk szurania nogami i otworzyły się frontowe drzwi, Kelsey mogła poczuć, jak cały jej świat się zatrzymuje w momencie, gdy Justin stanął przed nią, z głową skierowaną ku podłodze, gdy przejeżdżał kciukiem po ekranie swojego telefonu.

Spoglądając w górę, rozszerzył oczy, gdy ich spojrzenia się spotkały. Odkładając telefon na bok, zacisnął usta, głośno przełykając ślinę. To było prawie nierealne, aby widzieć ją tam stojącą, jakby, po pierwsze, nie była w ogóle zraniona.

- Ja… zapomniałam moich kluczy. - Powiedziała cicho, mentalnie karcąc się za tą żałosną wymówkę, ale to była jedyna rzecz, która przyszła jej do głowy w tak krótkim czasie. Nawet po rozmyślaniu o tym przez całą drogę tutaj, Kelsey nie mogła znaleźć właściwych słów.

- Co… co ty tu robisz… whoa. - Justin szybko złapał Kelsey, gdy tylko osunęła się na ziemię. - Cholera. - Schylając się, oplótł rękę pod jej kolanami, drugą obejmując talię i zaniósł ją na kanapę, zamykając drzwi nogą.

- Wszystko ze mną okej, Justin. - Wyszeptała bez tchu, trzymając się go, dopóki nie opuścił jej na dół. - Trochę się chwieję na nogach, to wszystko.

- Zadzwonię po lekarza. - Odwracając się, aby wziąć telefon domowy, szybko wychyliła się i złapała go za ramię, powstrzymując go.

- Nie, nie, nie, nie, nie, nie chcę, żebyś dzwonił po lekarza, Justin. - W tym momencie prawie go błagała, jej brązowe oczy były pełne prośby. - Chcę, żebyś posłuchał.

Spoglądając na nią w dół, Justin pokręcił głową, odmawiając czucia czegokolwiek, wyłączywszy emocje długi czas po tym, jak ją opuścił. - Przechodzenie przez to kolejny raz nie zadziała dobrze ani na mnie, ani na ciebie. - Wymamrotał, jego serce wołało, aby dać temu jeszcze jedną szansę i przez sekundę się go posłuchał. Siadając znowu obok niej, zaczął patrzeć w pustą przestrzeń.

- Jeżeli tak się czujesz, to szkoda, bo ja nie zaakceptuję tego, że po prostu mnie rzucisz! - Krzyknęła, gdy tylko zobaczyła, że chcę się jej wtrącić w zdanie.

- Myślisz, że chcę, żeby tak było? - Odwrócił głowę, aby na nią spojrzeć. - Że nie tęsknię za tobą w każdej sekundzie? Albo że nie leżę całą noc i nie mogę spać, bo nie ma cię obok?

W jej jasno brązowych oczach pojawił się smutek. - Więc pozwól mi wrócić. - Wyszeptała.

Pokręcił głową - Staram się…

- Chronić mnie, wiem. - Westchnęła. - Justin, nie potrzebuję twojej ochrony. Nie boję się ciebie, nie boję się twojego życia. Przyjęłam je jako swoje, dawno temu - z własnej woli - bez przymusu. Mój wybór, coś, co kiedyś miało dla ciebie znaczenie.

- Jesteś dla mnie wszystkim, dlatego właśnie to robię! - Wiedząc, że jest blisko wybuchu, szybko spojrzał w dół, zakrywając swoją twarz rękoma i złapał się za kark, próbując znaleźć w sobie jakiś szczęśliwy punkt. - Nie możesz mi tego robić, Kelsey. Musisz trzymać się z daleka.

- To nie tego chcę!

- Czemu jesteś tak cholernie głupia? - Warknął, prawie przez przypadek ją uderzając, gdy wyrzucił ręce przed siebie. - Jezu Chryste, to tak, jakbyś niczego kurwa nie rozumiała!

- Wiem, że się martwisz, rozumiem to, Justin. Naprawdę. Zachowywałam się tak samo, gdy zostałeś postrzelony. - Wyciągając dłoń, szybko złapała go za policzek, zmuszając, aby na nią spojrzał. - Byłam przerażona, że cię straciłam. Gdy Bruce przyszedł do domu tamtego dnia, mogłam przysiąc, że słyszałam, jak moje życie się rozpada bez ostrzeżenia. Bo nie miałam żadnego ostrzeżenia, nie widziałam co robiłeś, ani co się działo. To przyszło do mnie jak kompletny szok, ale nigdy nie poddałam się co do ciebie, albo tego, co mieliśmy. Nie uciekłam wtedy i nie uciekam teraz.

- Czy ty siebie nie słyszysz? To wszystko wiąże się ze mną, moim życiem, biznesem, którego jestem częścią. To nie ma nic wspólnego z tobą kochanie, bo gdybyś nie była związana ze mną, nic z tego by się nie wydarzyło. Nie zostałbym postrzelony tej nocy, jeśli prowadziłbym normalne życie, ale z drugiej strony o to właśnie chodzi - nie jestem normalny. Nigdy nie byłem i nigdy nie będę i nadszedł czas, żebyśmy oboje to przyjęli.

- Wszystko co wiem, to fakt, że cię kocham i ty też mnie kochasz.

Zanim miał szansę cokolwiek powiedzieć, telefon Justina zaczął dzwonić, a on prawie natychmiastowo sięgnął do kieszeni.

- Justin, nie. - Złapała go za nadgarstek. - Nie rób tego, nie… - Patrząc, jak wstaje i odbiera połączenie, Kelsey przygryzła wnętrze policzka, wewnątrz płacząc ze złości, łzy frustracji zaczęły piec, chcąc się wydostać.

– Halo?

– Justin, tu Maria. Nigdzie nie ma Kelsey, jest może u ciebie?

Patrząc na nią chwilę, zanim odwrócił wzrok w drugą stronę pokoju, pokiwał twierdząco głową, pomimo tego, że go nie widziała. – Tak, jest tutaj.

– Och, dzięki Bogu. – Odetchnęła z ulgą. – Przyjadę z ambulansem jak najszybciej…

– Nie, spokojnie. – Przerwał. – Zostań tam. Sam odwiozę Kelsey do szpitala.

Z oczami rozświetlonymi w nadziei, że może chciał, by została, Kelsey obserwowała jak rozmawiał cicho z jej matką. Ciągle była w tej samej pozycji, kiedy zakończył rozmowę i odłożył telefon na bok tuż po zapewnieniu Marii, że wszystko było w porządku.

Pocierając brodę, wciągnął wargi do ust, przyglądając się jej stanowi. – Musisz się przebrać z tych ciuchów zanim się rozchorujesz. Poczekaj, pozwól mi ee… przynieść coś z mojego pokoju.

Siadając na swoich nogach, pochyliła się do przodu, opierając na rękach trzymanych na kolanach, założyła wilgotny kosmyk włosów za ucho. – Wciąż masz moje rzeczy?

Zatrzymując się w pół kroku, jednak nie odwracając się, Justin wziął głęboki oddech zanim ruszył ponownie. – Mam wszystko. – Znikając na schodach, zatrzymał się przed drzwiami sypialni, w której nie był od tamtego czasu. Chwytając klamkę, nacisnął ją, ujawniając swój niegdyś zdemolowany pokój, teraz w całkowitym porządku, jakby wcale go nie zniszczył zaledwie kilka dni temu.

Zwalczając pragnienie spojrzenia na te małe rzeczy, które zostawiła za sobą, podszedł do szafy, spychając swoje ubrania, by dostać się do jej. Zdejmując z wieszaka sweter, wziął go ze sobą na dół.

Siadając przy niej po raz kolejny, trzymał sweter za nią, gdy powoli wsuwała ręce w rękawy zanim okrył ją całą.

– Wciąż mnie kochasz. – Wyszeptała.

– Oczywiście, że tak. – Wymamrotał, kręcąc przy tym głową. – Ale to nie o to chodzi.

– Justin, właśnie że chodzi tylko o to. – Obejmując jego dłonie swoimi, ścisnęła je delikatnie. – Tylko to się liczy. Jesteśmy zespołem, w miłości i w życiu, nie możesz tak po prostu zdecydować, że z nami koniec.

– Nie było to przypadkowe. – Odsunął, od jej elektrycznego dotyku, rękę. – Patrzyłem jak prawie umarłaś przeze mnie.

Powstrzymując się przed ponownym dotknięciem go, Kelsey położyła rękę z powrotem na swoim kolanie. – Wiesz, nie byłam przykładnym pracownikiem biurowym kiedy mnie poznałeś. Kiedy nadejdzie mój czas to umrę, nieważne czy będę z tobą czy nie. Zakochałam się w tobie i kiedy to się stało, wszystko się zmieniło. Nie ma odwrotu. – Wyciągając nogi na jego kolana, przysunęła się bliżej, pragnąc jakiegoś efektu, uczucia. – Potrzebuję nas, Justin. Tęsknię za naszą wygodą, tęsknię za naszym zaufaniem i naszą wiarą - kiedy, kiedy przestałeś wierzyć?

– Kiedy dostałem wiadomość, że jesteś w szpitalu. – Wstając, musiał odejść od niej jak najdalej to możliwe, nie mogąc znieść jej bliskości. Śnił o niej tak wiele razy, pragnąc, by się zjawiła, ale jego sny nigdy nie były rzeczywistością i każdej nocy musiał sobie przypominać, że ona już nie wróci.

– Bojaźliwość nie jest w twoim stylu. – Zauważyła cicho.

Uśmiechając się do siebie ironicznie z rękami założonymi na biodrach, Justin przejechał językiem po dolnej wardze. – Jednak jest. Boję się być tym, przez którego stracisz życie. Boję się być tym, co zawsze nienawidziłem.

– O czym ty mówisz?

– Stawiam cię w takim samym zagrożeniu, jeśli nie większym, przez to co teraz robię. – Opuścił wzrok, zbierając odwagę by ponownie na nią spojrzeć. – Jestem jeszcze większym potworem niż byłem wcześniej.

– Nigdy nim nie byłeś. – Bawiła się paznokciami, odmawiając popatrzenia mu w oczy, gdy starała się ostrożnie dobierać słowa. – Ale w twoim rozumowaniu jest sporo błędów. – Spotkała się z uśmiechem na jego ustach, niemalże naśladujący smutek jaki czuła w swojej piersi. – Twoje teraźniejsze prowadzenie biznesu wcale nie jest inne od tego co robiłeś będąc zastępcą, gdy byłam celem dla twoich wrogów. Więc nie, nic się nie zmieniło. – Zwilżając usta, mrugnęła spoglądając na niego. – Więc może teraz powiesz mi dlaczego nie chcesz ze mną być?

Przełknął ślinę. Wszystko co starał się powstrzymać, wszystkie emocje, które stłumił, zaczęły powracać, dodając ucisku w klatce i nie mógł tego znieść. Nie wtedy, gdy zabił kogoś zaledwie kilka godzin wcześniej. – Kelsey… - Zaczął, zanim rozległo się pukanie do drzwi. – Ja pierdolę. – Odwracając się na piętach, Justin otworzył je i wszedł James.

– Co tu robisz? – Rzuciła Kelsey jak tylko dostrzegła swojego ojca, swobodnie zbliżającego się do niej. – Czy Justin nie rozmawiał z mamą?

– Powiedziałem jej, że to ja przyjadę. – Powiedział z twarzą pozbawioną jakichkolwiek emocji, ale ogień w jego oczach mówił zupełnie co innego. Nie był w nastroju do zabawy.

– Justin powiedział jej, że odwiezie mnie z powrotem. – Patrząc na niego, jakby postradał zmysły, Kelsey wzięła głęboki oddech, starając się odepchnąć budującą się niepewność. Wiedziała, że nienawidzi on Justina i ich trójka przebywająca w tym samym pokoju po prostu jej nie pasowała.

– Byłem zaniepokojony.

– Proszę, wyjdź. – Powiedziała z desperacją, nie chcąc by cokolwiek popsuło postęp, który wierzyła, że zrobili. – Jesteśmy z Justinem w środku bardzo ważnej, prywatnej rozmowy.

– Nie możesz nawet zrozumieć co jest najważniejsze? Wracasz do zdrowia, obudziłaś się ze śpiączki, Kelsey. Jak ty tu w ogóle dotarłaś?

– Przyszłam.

Odwracając nagle głowę, spojrzenie Justina wypalało dziurę w jej głowie, gdy próbował zrozumieć co właśnie powiedziała, jednak nie śmiała popatrzeć mu w oczy, wiedząc, że jeśli nie byłoby tu jej ojca, to właśnie on by ją teraz pouczał.

– Dziesięć przecznic w ulewę? Co jest z tobą nie tak?! – Syknął James. – Życie z Justinem cię nie zabiło, więc chcesz umrzeć starając się wrócić…

– Zostaw ją w spokoju! – Justin warknął w złości, nie chcąc dłużej wysłuchiwać krzyków skierowanych w jej stronę. Pomimo tego, że w głębi serca wiedział, że ma rację. Oddychając ciężko przez nos, unikał wzroku Kelsey, starając się pohamować nerwy.

Ostra cisza otuliła cały dom, napięcie powoli zjadało wszystkich, gdy zarówno James jak i Justin powstrzymywali się od rzucenia się sobie do gardeł.

Klaszcząc delikatnie w dłonie i pocierając je, westchnęła. – Słuchaj, doceniam twoją troskę, naprawdę i rozumiem, że chcesz się mną opiekować, ale Justin odwiezie mnie do szpitala, więc proszę abyś stąd wyszedł.

- James już tu jest, Kelsey. – Justin przedarł się przez niewygodną barierę, odmawiając poczucia tego bólu. – On może cię zabrać.

Spoglądając na niego, wyraz gniewu i niedowierzania wdarł się na jej twarz. – Dlaczego?

– Tak będzie łatwiej. – Wyznał spokojnie, wiedząc, że głos mu się załamie gdy wciąż będą to kontynuować.

– Łatwiej? – Zaśmiała się gorzko, jej twarz była całkowicie pokryta złością i czystą furią, kiedy na niego popatrzyła. – Dla kogo, Justin? Bo na pewno nie dla mnie! – Przycisnęła dłoń do piersi zanim wskazała na swojego ojca. – Nie pozwól, by mój tato cię zastraszył!

– Nie robię nic z powodu twojego ojca. Robię to, bo tak trzeba i jest to jedyny sposób który znam, by cię ochronić!

Wprowadzając nosze, sanitariusze weszli przez drzwi w poszukiwaniu Jamesa, który ich ze sobą przyprowadził. Natychmiastowo wstając, James skierował ich do Kelsey. – Tam jest. To moja córka, Kelsey Jones, jest pacjentką do transportu.

Nagle jej wzrok wypełnił się determinacją. – Och nie. Możecie się odwrócić i pójść w drugą stronę, bo ja się nigdzie nie wybieram. – Wskazała na drzwi.

– Jeśli nie oddasz się pod opiekę lekarzy, ryzykujesz swoje życie. – Skarcił.

– Moje życie? – Rzuciła Kelsey. – Moje życie jest dokładnie tym o co walczę! – Uderzyła swoimi małymi piąstkami w poduszki kanapy, jej oczy wypełniły się łzami z powodu narastającej frustracji.

– Wyjdę. – Zasugerował Justin, gdy chciał koło nich przejść, ale jak tylko zbliżył się do Kelsey, ona wstała, przyciskając dłonie do jego twardej klatki piersiowej. Oddychając przez nos, spojrzała na niego spod swoich grubych rzęs; brutalna rzeczywistość, że to naprawdę koniec, uderzyła w nią jak tona cegieł. – Justin, proszę… To nie jest dobre. Nie powinno tak być i w głębi serca to wiesz.

Patrząc w jej oczy, popatrzył w dół, na jej usta, nagle walcząc z chęcią pochylenia się i pocałowania jej. - Cholera jasna, Kels. - Warknął nisko, zanim minął ją i poszedł do drugiej części pokoju.

Zamykając mocno swoje oczy, pragnąc by to wszystko było snem, Kelsey wzięła głęboki oddech, gdy przebiegła swoimi palcami przez włosy, mocno ściskając końce, zanim pozwoliła im ponownie wolno opaść na jej plecy, siadając z powrotem na kanapie.

Obserwując to, James poczuł ukłucie winy wewnątrz jego piersi. - Chodź, zabierzemy cię stąd. - Delikatnie pomasował jej ramię.

Pociągając nosem, zakrywała swoją twarz dłonią, gdy odwróciła się od niego, starając się nie płakać jeszcze bardziej, niż dotychczas.

Nie mogła tak wyjść, nie wtedy, kiedy ciągle miała z nim tak dużo do przedyskutowania. Czuła to w swoim sercu, Justin nie chciał tego tak bardzo, jak ona i martwiło ją, że odmówił przyznania się do tego uczucia. Kelsey posiadała wiele cech, ale nie była nieświadoma. Ktoś musiał przedostać się do jego głowy, a ona była zdeterminowana, by dowiedzieć się, kto to był.

- Kelsey, nie możesz pogarszać swoje zdrowia, jeszcze bardziej. - Zagruchał miło James, wiedząc, że może uda mu się ją przekonać. Widział wyczerpanie w sposobie, w jakim reagowało jej ciało. - Odzyskaj z powrotem siły, wyzdrowiej i wtedy będziesz mogła zobaczyć, jak wszystko potoczy się pomiędzy tobą i Justinem.

Popatrzyła na Justina w nadziei, że powie jej, żeby została, Kelsey przygryzła wargę, gdy ciągle stał na swoim miejscu.

Ramiona skrzyżowane, patrzył gdzieś w przestrzeń i można było pomyśleć, że wyglądał, jakby w ogóle się tym wszystkim nie przejmował, jednak woda w kącikach jego oczu piekła intensywnie, grożąc uwolnieniem się i spłynięciem po jego policzkach.

Patrząc w dół, powoli skinęła głową, zanim minęło trochę czasu i wstała z pomocą swojego ojca, gdy dwójka, jej ojciec i sanitariusz, posadzili ją na wózku. Gdy usiadła bezpiecznie, zaczęli wytaczać ją z salonu.

- Nie zrezygnuję z nas, Justin. - Powiedziała, gdy minęli go, by wyjść na zewnątrz. - Mamy coś, co jest warte walki.

Idąc za jej córką, James zatrzymał się na chwilę przy drzwiach, by ostatni raz popatrzeć na Justina. Otwierając swoje usta, by coś powiedzieć, szybko zadecydował, że tego nie zrobi. Odwrócił się, zamykając za sobą mocno drzwi, dom znowu zrobił się zimny.

Zostawiony w ciszy, Justin mógł poczuć niedobór powietrza w swoich płucach, gdy powoli wziął oddech. Wszystko, każdy przedmiot, przypominał mu o niej i to bolało - myśl o tym, że jej śmiech nigdy nie wypełni tej pustej przestrzeni domu, sposób w jaki jej uśmiech rozświetlał całe to pomieszczenie, i to, jak widziała w nim dobro - czuł się, jakby znowu miał szesnaście lat, i nienawidził tego, ale przede wszystkim, nienawidził siebie, za to, że pozwolił, by to wszystko zaszło tak daleko.

Biorąc butelkę wódki z szafki, Justin nalał sobie szklankę. Okręcając ciecz w środku, patrzył na nią, wspominając czasy, gdy upijał się do nieprzytomności, i nagle, zapragnął poczuć to znowu - móc zapomnieć.

Chciał się jej pozbyć, wszystkiego, co dzielili - miłości, którą się darzyli. Nie chciał już więcej tego pamiętać, nie chciał już ani chwili dłużej w tym tkwić, i najważniejsze, nie chciał widywać jej twarzy.

Przełykając napój, zassał swoje zęby, gdy palące odrętwienie, zaczęło rozpływać się po jego buzi. Nalał sobie kolejną szklankę i powtórzył czynność, nic, poza mgłą nie pokrywało jego oczu, gdy zamrugał, próbując coś przez nią zobaczyć.

Szklanka po szklance, Justin kontynuował przełykanie alkoholu, zdesperowany, by wyciszyć swoje myśli, ale im więcej pił, tym bardziej go prześladowała. Widział ją w każdym rogu tego pokoju, jej śmiech był jak prześladująca melodia, która nie chciała zamilknąć.

Kręcąc swoją głową, zacisnął swoje dłonie w pięści, jego już szósty drink, był już wspomnienie, gdy warknął sam do siebie. - Wypierdalaj! - Rzucając szklanką przez pokój, obserwował, jak rozwaliła się na miliony, maleńkich kawałeczków, przypominając mu, jak czuł się w środku.

Był załamany, rozdarty i zniszczony, był w takim punkcie, że nie potrafił poskładać się z powrotem do kupy.

Zamykając swoje oczy, uczucie wolności przebiło się przez niego, gdy przebiegł swoimi dłońmi po bokach swoich kieszeni, wyczuwając jego zapalniczkę, chciał zapalić, by uwolnić się od stresu.

Wyciągając ją, zaczął nurkować po swoje papierosy, ciągle patrząc na zapalniczkę w swoich dłoniach, gdy nagle pewien pomysł stał się dobrym pomysłem. Rozglądając się dookoła po pomieszczeniu, Justin zaczął bawić się płomieniem, który wydobywał się z tego przenośnego urządzenia, gdy chodził po pokoju, jego oczy patrzyły na każdy róg pomieszczenia, gdy ignorował uczucie, że ona stała tutaj z nim.

Podchodząc z powrotem do szafki chwycił nową butelkę wódki, a potem odkręcił nakrętkę i zaczął wylewać całą jej zawartość na podłogę, stół, krzesła i kanapę.

Stojąc na środku pokoju, Justin kucnął, gdy wpatrywał się w ciecz, która teraz pokrywała prawie każdy centymetr salonu, gdy wymienił swoją zapalniczkę na pudełko zapałek z jego kieszeni.

Wyciągając jedną z pudełeczka, dwa razy potarł jej koniec o bok zanim zapłonęła dużym płomieniem, a potem opadła w mniejszy. Mocno się prostując, stał tam sztywno, a czas mijał, w jego głowie nie było żadnych myśli.

Trzymając płonącą zapałkę przy swoim boku, Justin zamknął na chwilę oczy, ciesząc się w ciszy i w chwale, że w końcu wszystko się kończy - wszystko, co kiedykolwiek pielęgnował teraz doszczętnie zostanie usunięte z jego życia - i po raz pierwszy, poczuł spokój.

Otwierając powoli swoje powieki, po prostu rzucił zapałkę na podłogę, Justin obserwował, jak całe pierwsze piętro pochłonięte zostaje w otaczających go płomieniach,

Kelsey’s POV:

- Oh, dzięki Bogu.

Patrząc w górę, zobaczyłam moją mamę biegnąca w moją stronę, powiedziała to w momencie, gdy jej ramiona otoczyły moją talię w uścisku, upewniając się jednak, że nie trzyma mnie zbyt mocno.

- Jest w porządku, mamo. - Wymamrotałam w jej włosy, zanim się odsunęłam.

- Tak bardzo się o ciebie martwiłam. - Trzymała mnie na długość swoich ramion, a jej oczy przeszukiwały całe moje ciało w poszukiwaniu jakiegoś nowego zranienia.

- Dlaczego? Justin ci powiedział, że byłam z nim. - Monotonnie odpowiedziałam, nie pragnąc niczego więcej niż tylko skulić się na łóżku i płakać, bo wyglądało na to, że tylko to będę w stanie robić przez najbliższe dni.

- To nie o to chodzi. Wiem, że potrafi zapewnić ci bezpieczeństwo, po prostu martwiłam się o twoje zdrowie. Leje deszcz, jest ciemno; jestem zaskoczona, że w ogóle dotarłaś tam w jednym kawałku. - Uśmiechnęła się lekko, zakładając kosmyk włosów za moje ucho.

- Widzisz? Dlaczego nie masz więcej zrozumienia, tato? - Odwróciłam się, by na niego popatrzeć, zanim z powrotem spojrzałam na moją mamę. - Wszystko zniszczył.

- Przepraszam?

- W końcu do niego dotarłam, mamo, powinnaś była zobaczyć jego twarz. Przyznał, że ciągle mnie kocha. Gdybym dostała jeszcze tylko parę minut więcej z nim… Bylibyśmy razem.

- Oh, kochanie… - Westchnęła, współczucie lśniło w odcieniu jej brązowych oczu.

- On już postanowił, Kelsey. Nie możesz kogoś zmusić, by robił, to co chcesz - takie jest życie.

- On jest moim życiem! Jest częścią mojego życia i możesz się z tym nie zgadzać, ale będziesz musiał się po prostu do tego przyzwyczaić. - Mijając ich, skierowałam się w stronę mojej sali szpitalnej.

- Zajmę się tym. - Usłyszałam go, gdy minął moją mamę za moimi plecami.

- Nie możesz robić takich rzeczy, Kelsey.

- Ty po prostu tego nie rozumiesz. - Pokręciłam swoją głową, gdy powoli wsunęłam się pod kołdrę, kładąc się na puszyste poduszki. - Nigdy nie zrozumiesz. Wiem, że się martwisz i chcesz mi pomóc, ale nie było cię wokół mnie przez lata, tato. Dużo rzeczy się zmieniło. Nie jestem już dłużej dzieckiem, potrafię sama podejmować decyzje.

- O to właśnie chodzi. Może i dorosłaś fizycznie, ale emocjonalnie, dalej masz takie samo nastawienie, jakie miałaś te kilka lat temu, gdy weszłaś w cały ten bałagan.

- Nie. Wybrałam, żeby zostać, bo chciałam i kochałam go - ciągle go kocham. Tato, przeszłam przez dużo - przez rzeczy, o których nawet nie masz pojęcia. - Dławiąc się łzami, przełknęłam ślinę. - Potrzebowałam cię wtedy, ale teraz już cię nie potrzebuję. Nauczyłam się, jak przetrwać samej i zrobiłam to z jego pomocą.

- Przez niego prawie umarłaś, więcej niż raz, jak możesz tak tutaj siedzieć i bronić go, po tym wszystkim, co się wydarzyło?

- To nie jego wina! - Biorąc głęboki oddech, zacisnęłam dłonie na prześcieradle, prawie natychmiastowo czując, jak przyspiesza bicie mojego serca. - Nigdy tego nie zrozumiesz, dopóki nie będziesz w naszej skórze.

- Więc, spraw, bym zrozumiał.

- Kocham cię tato, ale jesteś ignorantem i nie mogę z tobą tak rozmawiać. Może pewnego dnia to zrozumiesz, ale dopóki to się nie stanie, musisz mnie zostawić w spokoju.

- On cię nie kocha, Kelsey. Nigdy cię nie kochał.

- Tak, kocha.

- Nie, nie kocha.

- Zamknij się. - Rzuciłam. - W ogóle nie wiesz o czym mówisz.

- Bardzo dobrze wiem, o czym mówię. Ty po prostu nie chcesz uwierzyć, że to, co mówię to prawda.

- James, wystarczy. - Zbeształa go Maria.

- Ona musi usłyszeć prawdę, czy to ją zrani czy nie. Wyrzuca swoje życie na śmietnik, Maria! Mogła dzisiaj zemdleć na tych ulicach i mogło jej się jeszcze bardziej pogorszyć i to wszystko dla kogo? Dla faceta, który twierdzi, że się o nią troszczy? To absurdalne.

- Wyjdź.

- Gdyby kochał cię tak mocno, jak mówi, byłby teraz tutaj z tobą, w tym momencie. Nikt nie zmusiłby go do odejścia. Sam to zrobił - pamiętaj o tym.

- Powiedziałam wyjdź!

- Dobrze. - Podniósł swoje ręce, poddając się. - Ale po prostu pomyśl o tym, co ci powiedziałem. Jestem twoim ojcem, Kelsey, czy ci się to podoba czy nie. To mi najbardziej zależy na twoim dobru, tak samo jak twojej matce. Nikomu innemu.

Przygryzając swoją wargę, walczyłam z kontrolowaniem łez, które groziły wypłynięciem z moich oczu, gdy moje gardło paliło, chcąc uwolnić emocje budujące się wewnątrz mnie. Mrugając, popatrzyłam w dół na swoje dłonie, gdzie łzy już plamiły moją kołdrę, bezdźwięcznie na nią spadając.

- Kelsey…

- Nienawidzę tego. - Wyszeptałam. - Po prostu chcę odzyskać swoje życie.

- Twój ojciec chciał dobrze, kochanie, on się po prostu martwi.

- On się zawsze martwi. Nie rozumiem, dlaczego nie może po prostu zaakceptować, że byłam z nim szczęśliwa.

- To ciężkie dla niego, by zrozumieć sposób życia, który wybrał Justin, i nawet ja czasem zadaję sobie te same pytania, ale dojdzie do tego. Kocha cię, bez względu na wszystko.

- Gdyby mnie kochał, nie powiedziałby rzeczy, które właśnie powiedział albo rzeczy, które powiedział w przeszłości. Byłam dla niego martwa przez lata i teraz, nagle chce zachowywać się, jakby się troszczył? To tak nie działa, mamo. Justin był tutaj dla mnie, gdy przechodziłam przez to wszystko i nie poddam się, nie ważne, jak bardzo tato go nienawidzi.

Odgarniając swoją dłonią moje włosy, pochyliła się, by pocałować mnie w czoło. - Po prostu trochę się prześpij. Pójdę porozmawiać z twoim ojcem.

- Nie ma nic, co by do niego przemówiło, mamo. To z góry przegrana walka.

- Przekonamy się.


Czekając, aż Kelsey zaśnie, Maria wstała i wyszła z sali w poszukiwaniu swojego męża, którego znalazła w kawiarni, trzymającego kubek kawy.

- Masz ogromny tupet, uśmiercając naszą córkę, po tym wszystkim, co się wydarzyło! - Rzuciła, gdy tylko do niego podeszła. - To dlatego nie dzwoniła i nie utrzymywała z nami kontaktu przez te wszystkie lata?

- O czym ty mówisz?

- Praktycznie powiedziała mi, co jej powiedziałeś. Jak mogłeś to zrobić naszej córce? Ona jest nasza, James! Pochodzi ode mnie, jest moja w rezultacie tego, co obydwoje zrobiliśmy. Zakochała się, tak samo jak my, nie rozumiem, dlaczego nie możesz zostawić jej i Justina w spokoju.

- Ten mężczyzna był i ciągle jest niczym innym, tylko kłopotem! Ostrzegałem cię przed nim od samego początku, a teraz popatrz na nią - jest posiniaczona i zmaltretowana jak jakiś kawał mięsa. Tak, to nasza córka Maria i nie pozwolę, by ktokolwiek ponownie ją skrzywdził.

- Jeśli ktokolwiek spowodował jej ból - to ty, z tą swoją całą głupotą. - Wyrzuciła swoje ręce w powietrze, by potwierdzić swoje stanowisko, jej złość przebijała się przez siłę, z jaką mówiła. W jej oczach było widać ogień i jeśli ktokolwiek bardziej by się jej przypatrzył, mógłby zobaczyć podobieństwo pomiędzy nią, a jej córką.

- Postąpiłem słusznie, Maria. Nigdy nie będę żałował trzymania go z dala od niej. - Nachylając się do blatu za nią, chwycił saszetkę cukru, a potem rozerwał opakowanie i wsypał jego zawartość do swojego napoju, zanim pomieszał go patyczkiem.

- Zrobiłeś to?

- Jeśli przez to, masz na myśli, przekonanie tego podłego, młodego faceta do zostawienia w spokoju naszej córki? To tak, zrobiłem to. - Wstając, Maria stała oszołomiona, mrugając swoimi oczami, by upewnić się, że nie śni.

- Złamałeś ją, James. Złamałeś naszą córkę i nawet cię to nie obchodzi.

- Obchodzi mnie, żeby była bezpieczna i właśnie to jest dokładnie to, co robię. Możesz nie zgadzać się ze sposobem, w jaki sobie poradziłem, ale o wiele bardziej wolę, żeby była obrażona na mnie przez parę dni niż żebym za miesiąc musiał odwiedzać jej grób.

Bez sekundy zastanowienia, jej dłoń spotkała skórę na jego policzku, powodując, że ktoś z obecnych tutaj ludzi zatrzymał się i wgapiał w nich, ale w tym momencie, w ogóle ją to nie obchodziło. Wszystko, na czym mogła się skupić to złość, którą czuła w stosunku do swojego męża i cierpnie, które spowodował.

Zaciskając swoją szczękę, potarł miejsce, gdzie go walnęła, a z jego oczu nie promieniowało nic poza złością.

- Pożałujesz tego, co zrobiłeś, a ja nie będę chronić cię przed konsekwencjami. Ona cię znienawidzi i Boże, mam nadzieję, że to zrobi, bo w tym momencie, ja ciebie też nienawidzę. - Mijając go bez nawet jednego spojrzenia za siebie, Maria skierowała się z powrotem do pokoju jej córki, gdzie zapewni ją, że wszystko wróci do normalności - ona jej to zapewni.

_____________________________________________________

Po dłuższej przerwie znowu wracamy ;)

Z góry przepraszamy za wszystkie błędy x

#muchlove D&J&K&N.

PS. Dobrze Maria! 

+ BARDZO WAŻNE! KLIK!