Rozdział 51.

John’s POV:

Przez to, że nie odbierał telefonu, wiedziałem, że coś było nie tak. Może to dlatego, że była prawie trzecia nad ranem albo może to przez fakt, że gdy byliśmy w szpitalu, Kelsey histeryzowała, że Justin odszedł - i nie chodziło jej o szpital, chodziło o jej życie.

To na pewno, nie było częścią planu. To nie miało dla mnie sensu, ale gdy minuty mijały, a po drugiej stronie dalej trwała cisza, dręczący ból tego, co mogło się stać dalej był prawie przerażający, znałem tę panujacą ciszę wokół Justina i ona nigdy, pod żadnym pozorem, nie kończyła się dobrze.

Mówią, że diabeł zawsze znajdzie drogę powrotną i martwiłem się, że może, tylko przypuszczałem, że może jego demony wrócą ponownie. I tylko Bóg wiedział, czy będzie potrafił zwalczyć je i tym razem.

Uderzając otwartą dłonią w kierwonicę po dziesiątej próbie skontaktowania się z nim i słysząc tylko odzywającą się pocztę głosową, rzuciłem moim telefonem do miejsca, gdzie trzyma się kubki, zanim wyjechałem z parkingu spod szpitala i zacząłem jechać wzdłuż ulicy.

- Ciągle nie odbiera? - Spytał Bruce, dodając tylko jeszcze więcej napięcia do atmosfery. Wiedział, tak dobrze jak ja, że nic z tego, co się dzieje, nie wróży dobrze.

- Nie.

Napięcie dusiło nas w tej małej przestrzeni powodując tylko, że poruszyliśmy się niekomfortowo. Nic z tego nie miało sensu. Dlaczego Justin odszedł od jedynej rzeczy, która trzymywała go w całości? Dlaczego opuścił dziewczynę, którą kochał?

Wiedziałem, że po części może to być przez ból, którego doświadczyła w naszym imieniu i sama już myśl o tym powodowała, że chciałem uderzyć pięścią w ścianę. Ona była niewinną częścią w tym wszystkim i tylko dlatego, że była powiązana z nami, musiała przyjąć uderzenia.

To było paskudne odkrycie, że nie ważne jak mocno będziemy się starać bronić ludzi koło nas, ktoś i tak znajdzie sposób by ich zranić.

Jednak on ją kochał i jego miłość do niej była silniejsza niż wszystko inne na tym świecie. Powód, że mógłby oddać swoje życie, by zapewnić jej bezpieczeństwo był wystarczający by udowodnić, że jest jego, ale coś musiało się wydarzyć i zastanawiałem się, kto ewentualnie mógłby go przekonać,że ponownie ją odrzucił?

- Spróbuję jeszcze raz. - Sięgnął do swojej kieszeni.

Nie odezwałem się. Zamiast tego, skupiłem się na drodze przed moimi oczami, nigdy nie wiadomo, co się przed nami znajduje. Życie było jak bilard, jedno złe uderzenie i przegrywasz z kretesem.

Popatrzyłem na Bruce’a, jednak on pokręcił głową, rozłączając się i chowając swój telefon z powrotem do małej przestrzeni jego tylnej kieszeni.

Kiwając głowa, zacisnąłem szczękę, zanim mocniej nacisnąłem pedał gazu, bardzo dobrze wiedząc, że Justin właśnie rozważał jakiś pomysł rozwiązania i to nigdy nie kończyło się dobrze dla żadnego z nas, a w szczególności dla niego.

Nie gdy zadawanie bólu było dla niego jedynym wyjściem z trudnych sytuacji.

I bałem się, że może być już za późno, że przyjadę, gdy wszystko już się skończy.

Skręcając za róg, nie minęło dużo czasu, zanim wjechałem na podjazd i wyłączyłem silnik. Już od jakiegoś czasu padało, tylko dodając uczucia, że to, czego doświadczałem to był tylko przebłysk ciemności, która nas przytłaczała.

Grzmot piorunów był słyszalny przez ostry wiatr, który prawie mnie przewrócił, gdy wysiadłem z auta. Im więcej czasu mijało, tym bardziej szalone się to wszystko stawało.

- Myślisz, że on tutaj jest? - Przekrzykiwał odgłosy natury Marcus, jakby sam Bóg na nas krzyczał.

Ledwo idąc po parkingu, zauważyłem samochód Justina. - Tak. - Skinąłem w kierunku auta. - Jest tutaj.

Podbiegając do frontowych drzwi, które były otwarte, szybko poszedłem do salonu. - Justin?

Ilość szkła na podłodze była prawie wystarczająca, by pokryć jej każdy milimetr, co oznaczało tylko jedną rzecz, był w jednym ze swoich napadów szałów. - Kurwa. - Dokładnie rozglądnąłem się po pomieszczeniu, wszystkie kanapy były poprzewracane, stolik do kawy wywrócony do góry nogami z kilkoma pęknięciami na brzegach.

Ujrzałem kilka dziur w ścianie, pokrytych świeżą krwią, szafka z alkoholem była rozwalona, a prawie każda butelka trunku zniknęła. - Justin!

Przeszukując całe pierwsze piętro, poinstruowałem Bruce’a i Marco, by poszli sprawdzić tylne podwórko, gdy ja i Marcus poszliśmy na górę. Wpadając do każdego pokoju, niczego nie znaleźliśmy, aż wszedłem do pokoju jego i Kelsey, gdzie zobaczyłem resztę wyrządzonych szkód w domu. Każda ramka była rozwalona, materac rozdarty, a pokój wyglądał, jakby przeszło przez nie tornado.

- JUSTIN!

- John. - Szturchnął mnie w bok Marcus, zanim odwrócił się i wskazał na schody, które prowadziły na strych.

Ostrożnie podszedłem do nich, wchodząc po schodach, wyglądnąłem zza krawędzi, by zobaczyć, że okno prowadzące na dach było otwarte i w niedalekiej odległości zauważyłem cień po drugiej stronie.

- Cholera. - Stając na nogach, pobiegłem, prawie potykając się na ramie okna, gdy wyszedłem z powrotem na deszcz, na sam jego widok zrobiło mi się zimno.

Stał tam Justin z butelką jacka* w jednej dłoń i z bronią w drugiej.

- Co ty do cholery wyprawiasz?

Odwrócił się, by popatrzeć na mnie, widziałem ból w jego oczach. Jego policzki były praktycznie zapadnięte, a oczy rozszerzone, co spowodowało, że zdumiałem się, ile wypił.

- Kładę kres temu wszystkiemu. - Wziął łyk z butelki kołysząc się, a potem zachwiał się na nogach, prawie spadając w dół.

Sięgnąłem by go złapać, jednak on wziął się w garść i sam się wyprostował. - Nie potrzebuję twojej pomocy. - Rzucił wkurzony, cofając się ode mnie o krok.

- Tak. - Wycedziłem, moje oczy były rozszerzone ze strachu, że mógłby spaść. - Potrzebujesz jej.

- Czemu? - Wyrzucił ręce w powietrze, przez co rozlał trochę alkoholu, nie żeby to zauważył. - Przecież i tak mnie nie potrzebujesz.

- To nie prawda. - Zaprotestowałem. - Jesteś dla mnie jak brat, najbliżej ci do niego. Oczywiście, że cię potrzebuję. Wszyscy cię potrzebujemy.

- Teraz to już na pewno wiem, że pieprzysz głupoty. - Zaśmiał się cynicznie. - Bo mnie nikt mnie nie potrzebuje. - Spojrzał w górę na efektowne niebo, piorun pojawiający się po chwili prawie oddał jego wewnętrzne uczucia.

Obracając w dłoni pistolet, wystarczająco bezpiecznie aby go nie upuścić, mocno go trzymał, zastanawiając się co zrobić. - Nie robię nic poza krzywdzeniem innych. Dziwię się, że jeszcze jestem żywy. - Spoglądając na mnie, wzruszył bezradnie ramionami. - Z wszystkim co się stało, to praktycznie niemożliwe, że jeszcze tu jestem.

- Jeszcze nie czas, żebyś odchodził. - Wyszeptałem, świadomość tego co się dzieje zaczynała płynąć w moich żyłach i rozdzierać mnie na kawałeczki,

Przez wszystkie lata, odkąd go znam, nigdy nie widziałem go tak zrozpaczonego. Tylko raz w życiu był w aż tak złym stanie i wspomnienie tego prześladuje mnie po dziś dzień, ponieważ wystarczy, że przyszedłbym kilka minut później, a zastałbym go w kałuży krwi.

- Skąd wiesz? - Wyszeptał w silny wiatr, który poniósł jego słowa do mnie. - Może to wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Może powinienem sam to zrobić.

- Przestań tak mówić.

- Tak, to znaczy jak?

- Jakby to co mówisz było prawdą.

- Bo to jest prawda! - Krzyknął, jego żyły były teraz widoczne, pulsując pod skórą. - Wszystko się spierdoliło. Wszystko, co zrobiliśmy, było na nic. Ona prawie umarła, a ten skurwysyn się śmieje! ŚMIEJE SIĘ! Rozumiesz jakie to jest poniżające - wiedzieć, że przegrałeś z własnej winy? Zrezygnowałem, żeby się z tego wydostać, a mimo to znowu jesteśmy w miejscu, gdzie to wszystko się zaczęło! - Wziął łyka z trzymanej w ręku butelki i zaśmiał się sarkastycznie. - Zabawne na czym to gówno polega, co? - Rzucił butelkę w moją stronę.

- Więc to tak? Zamierzasz zmarnować sobie życie?

- I tak nie mam innej opcji.

- Możesz wrócić i naprawić waszą relację.

Jego oczy niebezpiecznie błysnęły na wspomnienie Kelsey - Nie.

- Wszyscy to robimy; to część popełniania błędów-

- Jedynym błędem było zakochanie się w niej. - Zacisnął szczękę, a w jego oczach z powrotem pojawiła się złość.

- To była najlepsza rzecz, jaka ci się kiedykolwiek przytrafiła i dobrze o tym wiesz.

- Jeżeli to jest takie proste, to czemu nie możemy być szczęśliwi? Dlaczego zawsze kończę raniąc ją? To nie na tym polega miłość, John. W miłości chodzi o to, aby chronić drugą osobę, a ja zawaliłem więcej niż raz.

- To, co przydarzyło się Kelsey, załamało nas wszystkich, ale nie widzisz, że my siebie też obwiniamy. Wszyscy mieliśmy zadanie, wszyscy mieliśmy ją chronić, ale jak, skoro nie mieliśmy zielonego pojęcia co się działo?

- Lepiej, jak Kels będzie beze mnie. - Uniósł brodę, jakby przeciwstawienie się temu co mówię miało przynieść mu spokój. Stała za mną reszta chłopaków, po których poszedł Marcus. - Życie będzie lepsze beze mnie. - Przyłożył pistolet do skroni.

- Nie! - Uniosłem ręce, jakby to miało go powstrzymać i faktycznie stało się tak na sekundę, po czym zrobił krok do tyłu i pokręcił głową, gdy łzy kolejny raz zaczęły zamazywać mu obraz, jednak nie odważył się ich otrzeć.

- Przeżyjecie beze mnie.

- Nie możesz tego zrobić. Nie teraz, gdy przeszedłeś tak daleką drogę. - Robiąc ostrożny krok w jego stronę, wystawiłem przed siebie ręce na znak, że nie zamierzam go dotknąć. - Przezwyciężyłeś głosy i wygrałeś bitwę wewnątrz swojego umysłu.

- Prawie ją straciłem.

- Wróciła do ciebie, prawda? Powinieneś się z tego cieszyć. Wasza miłość może zwyciężyć wszystko, nawet myśl o śmierci. Co sądzisz, że by pomyślała, gdybyś w tym momencie odebrał sobie życie?

- Byłaby szczęśliwa, mogłaby żyć swoim życiem.

- Ty jesteś jej życiem. - Zrobiłem kolejny krok, wiedząc, że powoli burzę jego mury. - Jesteś dla niej wszystkim, tak samo jak ona jest dla ciebie. Nie odrzucaj jej Justin, swojego życia też nie odrzucaj.

Stojąc tam, patrzył na mnie przez wieczność, po czym odwrócił się do nocnego nieba, pozwalając, aby deszcz jeszcze bardziej go zmoczył.

- Chcą, żebym skoczył. - Powiedział ni z tąd ni z owąt.

Mój żołądek się wywrócił - Kto?

- Oni.- Podkreślił i od razu wiedziałem o czym mówił.

- Nie. - Powiedziałem głośno i wyraźnie, nie wycofując się ani na sekundę, wiedząc, że w tym stanie i w tym momencie wszystko mogło się zdarzyć, zanim zdążyłbym mrugnąć. - Posłuchaj mnie, zrobiłeś to już raz, możesz zrobić to ponownie. To życie jest gównem, o którym wiedzieliśmy od początku, ale mimo wszystko zgodziliśmy się na nie, bo to jedyna rodzina, jaką mamy. To życie nauczyło nas wiele i zbliżyło do siebie. Razem walczymy, razem umieramy i nie wiem jak ty, ale ja wolałbym dalej walczyć do utraty sił. Jeden raz już prawie się poddaliśmy i zobacz gdzie nas to zaprowadziło. - Wskazałem ręką na otaczające nas miejsce. - Ci skurwysyni powinni zapłacić za to, co zrobili i nie jestem za tym, żeby się poddawać. Wiem, że ją kochasz i wiem, że chcesz skopać im tyłki. Ona na to zasługuje - zasługuje na sprawiedliwość za wszystko, co się wydarzyło. - Przerwałem na chwilę. - Możesz to zrobić i ja dobrze o tym wiem.

Rozważając moje słowa, jakby były zagadką do rozwiązania, zmarszczył brwi i zadał sobie pytanie, czy powinien mnie słuchać, czy też nie. To było do momentu, gdy wystawiłem dłoń po pistolet i Justin w końcu podjął decyzję.

Bez słowa umieścił pistolet w mojej dłoni.

Złapałem go, zanim zabrałby go z powrotem i wepchnąłem za pasek od jeansów. - Dziękuję.

- Nie dziękuj mi. - Wymamrotał ostrym tonem i ze złością wsadził ręce do kieszeni przemoczonych spodni. - Po prostu pozbądźmy się tych sukinsynów.

Tej nocy zasnął na kanapie, przytulając do piersi zdjęcie Kelsey.

Smutne było widzieć go tak zrozpaczonego i wystraszonego, wiedział, że następny krok może mu wyjść albo doprowadzi go do destrukcji.

Z wszystkich ludzi w tej grupie, to on z nas wszystkich wziął na siebie najwięcej, dlatego się o niego martwiliśmy. Był najmłodszy, ale także najmądrzejszy. Ze wszystkim sobie radził, nawet ze sprawami, o których nie mieliśmy pojęcia i mimo, że nie zawsze mu wychodziło, codziennie uczył nas czegoś nowego.

Każdy z nas był rozdarty na swój własny sposób, ale wszyscy mieliśmy coś wspólnego - zrobilibyśmy dla siebie nawzajem wszystko, nawet jeśli to oznaczało, że któryś z nas musi zginąć.

To dzięki niemu wiedzieliśmy jak wygląda prawdziwa rodzina.


- Zadzwoniłem do Prince’a. - Poinformował nas Bruce, kończąc połączenie i wchodząc z powrotem do ciemnego pokoju. - Powiedział, że niedługo będzie.

- Lyndon się z nim kontaktował? - Marco zapytał z ciekawości, pomimo że wszyscy już znaliśmy odpowiedź.

- Tak, ale nie odebrał. Nie chce być częścią żadnego z jego interesów. - Rzucając się na kanapę, wygodnie się oparł, wypuszczając powietrze, które nawet nie wiedział jak długo wstrzymywał.

- To stek bzdur. - Pokręcił głową i spojrzał przed siebie, nerwowo dygając kolanem, bojąc się co może nadejść.

- Jest tym, czym jest. - Wymamrotał cicho, posyłając spojrzenie Justinowi, który stał tam tylko w dresach i narzuconym na siebie t-shircie. Zmienił przemoczone ubrania na jakieś suche, gdy zaczęli dyskutować nad niektórymi rzeczami, dopóki nie zasnął.


- Pobudka skurwysyny! - Po chwilowej ciszy zawołał głos, zatrzaskując za sobą drzwi i wchodząc do salonu.

Zrywając się na nogi, Justin jęknął, przykładając dłoń do czoła - Cholera jasna, co to było?

- Co do cholery? - Marco i Marcus zapytali w tym samym czasie, co ja. Bruce z drugiej strony wcale nie był zaskoczony jego widokiem.

- Sądziliście, że więcej mnie nie zobaczycie, huh? - Uśmieszek na jego twarzy sprawił, że stanęły mi włosy na rękach. - Przepraszam, musiałem jeszcze wystraszyć jedną sukę.

- To nie było częścią planu. - Sprzeciwiłem się, skupiając wzrok na oczach Bruce’a, ale on najwidoczniej nie miał zamiaru na mnie spojrzeć.

– Cóż, ktoś musi wysadzić to całe gówno i dobrze wiecie, że jestem jedynym który może to zrobić. – Jason skinął daszkiem czapki, a po chwili odwrócił go na tył głowy. – Wybacz, śpiąca królewno, czyżbym przeszkodził w twojej drzemce? – Zażartował z Justina, siadając na oparciu fotela i włączając swojego laptopa.

– Masz. – Bruce podał mu Advil i szklankę wody. – Pomoże w zwalczeniu kaca.

Mamrocząc niezrozumiale pod nosem, spojrzał na zdjęcie, które trzymał w dłoni zanim szybko je schował jakby nie chciał byśmy je zobaczyli. Wypijając podaną mu wodę, połknął tabletki. – Co ty tu kurwa robisz? – Wymamrotał nieskładnie, choć alkohol prawie całkowicie opuścił jego organizm.

– Słyszałem, że potrzebujecie mojej pomocy, a kim ja jestem, żeby odrzucić tę jakże miłą ofertę? - Uśmiechnął się podstępnie, wiedząc jak bardzo go nienawidzimy.

Jęcząc niecierpliwie, Justin praktycznie zabijał go wzrokiem. – Przestań pierdolić i zacznij mówić.

– Zadzwoniliście do mnie, pamiętacie? Jestem tu w interesach.

– Co do kur-

– To była nasza jedyna opcja. – Bruce wtrącił, gdy wszyscy myśleliśmy o jednym: dlaczego do cholery, Jason McCann był w naszym salonie. – W tym momencie, nie ma zbyt wielu ludzi do których możemy się zwrócić, po naszym rozpadzie. Prince zasugerował, żebyśmy się zrekompensowali, tak więc zaczynamy działać.

– Nie wiedziałem, że bierzemy pod uwagę śmiecie. – Justin wymamrotał, gdy patrzył na niedaleko stojącego blondyna. Mogłem zauważyć nienawiść w jego spojrzeniu, płonącą jak ogień i sposób w jaki zaciskał dłonie w pięści, co potwierdzało, że nie podobał mu się ten pomysł. Ale kto mógł go za to winić?

– Poprzednio nas ochujał, co sprawia, że teraz ma być inaczej?

– Nigdy tego nie zrobiłem. Odwalałem tylko swoją jebaną robotę, nie moja wina, że Delgado pogrywa w diabelski sposób.

– Widzę, że dogadujecie się całkiem nieźle.

Odwracając się, zobaczyłem stojącego tu Prince’a. Musiałem odwrócić się ponownie, bo nawet nie zorientowałem się kiedy wszedł do domu. – McCann? Serio, Prince, serio?

Wzruszył ramionami. – To najlepsze co mogłem zrobić w tak krótkim czasie.

– Pieprz się.

– Zluzuj majty, mamy wiele powodów by cię wyjebać, ale stanowisz całkiem niezły dodatek do zespołu, co jest jedynym powodem dla którego wciąż tu jesteś i oddychasz. Gwarantuję, że twój tyłek będzie wywalony na śmietnik, jeśli wciąż będziesz dogadywał. A teraz zachowuj się jak grzeczny chłopczyk i zamknij pysk.

Zabierając od niego laptopa, zaczął coś wpisywać zanim przeniósł pliki na USB i przesłał na swój tablet. – Muszę jednak powiedzieć, nie byłem zaskoczony kiedy do mnie zadzwoniliście.

– Ta, a to niby dlaczego?

– Bo wiedziałem, że wrócicie. – Spojrzał na nas po czym odrzucił laptop i złączył ręce, splatając palce, opierając ja na kolanach.

– Króla nie obala się z łatwością, ani on nie oddaje tak łatwo swojej korony. To albo zabić albo być zabitym, jeśli chcesz wyjść stąd żywy, o czym z resztą dobrze wiecie. Poddawać się w taki sposób? Zbyt łatwe. Lyndon ma tu wszystko poukładane. Gdy rozeszły się wieści, że odeszliście, ludzie zastanawiali się kto was do tego zmusił. Teraz wszyscy chcą go dorwać, co sprawiło, że tak uciekliście. Jeśli ktoś jest tutaj kimś, musisz walczyć najlepiej jak potrafisz i technicznie, on to zrobił. Poświęcając się dla jego brudnych spraw, było najgorszym co mogliście zrobić, ale i również najlepszym. Podczas gdy każdy lata mu koło dupy, by być na jego dobrej stronie co równa się z zapewnieniem bezpieczeństwa swoim terytoriom, inni spiskują. Chcą, by zniknął. Wolą mieć was niż kogoś jak on. On jest jak huragan. Gdzie się pojawi, tam zostawia po sobie bałagan. Chcą zabezpieczyć swoje układy i powiązania ze wszystkimi, ale nie mogą tego zrobić z Lyndonem chcącym wszystko zgarnąć.

– Więc co? Myślisz, że powinniśmy z nimi współpracować?

– Reszta może być traktowana oddzielnie, ale Lyndon ma wiele osób pod swoim skrzydłem. Pozbycie się go wymaga więcej niż kilku z was. On ma całą armię ludzi czekających na rozkaz by uderzyć, kiedy będzie to konieczne. Musicie być przygotowani. To nie jest już zwykła, głupia robota. Mówię tu o tysiącach ludzi rzucających się do tego, ale tylko nieliczni wyjdą żywi.

Justin był pierwszym, który się odezwał. – Jesteśmy gotowi.

– Jesteś pewien?

– Jak najbardziej. Zawsze się wstrzymywaliśmy, bo baliśmy się, że któryś z nas coś zawali, przez co pójdziemy siedzieć, ale teraz już nic mnie nie powstrzymuje przed zabiciem każdego z nich.

– A co z twoją dziewczyną?

– Co z nią? – Odpowiedział, jakby wyzywając do powiedzenia o niej czegoś więcej.

Unosząc ręce w geście poddania, odsunął się. – W porządku. Podaj mi tylko termin, a ja zbiorę grupę. Zacznę rekrutację, kiedy będziemy czekać, ale niezbyt długo. Lyndon już jest zbyt pewny siebie. Nie dawajcie mu więcej powodów do przechwałek.


Justin’s POV:

– Jesteś tego pewny? – Bruce zapytał, pełen wątpliwości. Niepewny mnie.

– Tak.

Omawialiśmy pierwszą część planu, gdy zadzwoniliśmy po Carly. Powiedziała, że poczeka aż Kelsey zaśnie i wtedy przyjdzie. Zajęło jej to cholernie dużo czasu, ale zdążyła.

– Mogliśmy umrzeć do czasu twojego przyjścia. – Rzuciłem, siadając na krańcu kanapy.

– Nie jestem tutaj dla ciebie. – Odgryzła się, wiedząc co zrobiłem i nie lubiąc mnie z tego powodu. Może się odpierdolić, bo nic z tego jej nie dotyczy. Co dzieje się między mną a Kelsey, jest tylko.. między nami.

Gniewnie mrużąc na mnie oczy, burknęła coś pod nosem kiedy John delikatnie szczypnął ją w bok, chcąc opanować jej gniew, gdy podeszła do niego.

– Powiedz nam co wiesz.

– Była ich cała grupa, ale Cole wszedł pierwszy. Musiał obserwować dom, bo weszli krótko po moim wyjściu. Nie wiem w jaki sposób, to znaczy, wszystko wydawało się w porządku. Nic dziwnego się nie działo. – Opuszczając wzrok na ręce, przygryzła wargę. – Otworzyła drzwi, bo myślała, że to byłam ja. Nie byłam. Próbowała uciekać, ale Sammy zablokował drzwi.

Na samo wspomnienie ich imion, czułem gulę rosnącą w moim gardle. Każdego z nich, każdej dziwki Lyndona, robiło mi się niedobrze.

– Biegła w stronę schodów, ale Cole ją dogonił zanim zdążyła się oddalić. Ciężko walczyła, próbowała go od siebie odsunąć, ale był zbyt silny. Wszyscy byli. Sammy ją przytrzymywał, gdy inni ją bili. Błagała go, by przestał, ale nie słuchali. Nikt by nie posłuchał. Robili to, co kazał im Cole, postępowali według planu, przynajmniej to jej powiedzieli zanim zemdlała.

Myśl o tym, że położyli na niej swoje łapy sprawiała, że chciałem walnąć w ścianę i robić to cały czas aż będzie pomalowana na czerwono, ich krew na moich rękach, obraz który wyobrażałem sobie, o którym marzyłem od wieków.

Zacisnąłem szczękę, uciekając gdzieś wzrokiem, nie patrząc na nic szczególnego. Czułem wzrastający we mnie gniew. Całe stłumione napięcie w końcu osiąga swój szczyt, gdy o tym wszystkim myślałem. Wszystko od samego początku do końca, całe to gówno, które musiałem znosić tylko po to by skończyć tu gdzie teraz jestem.

– Zabiję ich. – Wstałem.

– Spokojnie, tygrysie. – Odezwał się Jason. – Nie możesz po prostu zabić bez zastanowienia. Uspokój się i usiądź.

Pochylając się, szybko złapałem go za kołnierz koszuli zanim pchnąłem go na połamany stół, upewniając się, że kilka szkieł przebije się przez jego skórę. – Nie prosiłem cię o zdanie.

– Zabieraj swoje pieprzone łapy. – Warknął, odpychając mnie.

Bez mrugnięcia okiem, złapałem go za kark, trzymając na dystans, gdy zacisnąłem na nim palce. – Jeden skręt i złamię ci kark. Dzisiaj lepiej sobie, kurwa, ze mną nie pogrywaj.

– Dobra, wystarczy! – Krzyknął Prince, gdy obaj z Brucem odciągali mnie od niego. – Do niczego nie dojdziecie jak się nawzajem pozabijacie.

– A co ja mam do tego? – Zaśmiałem się. – Ten sukinsyn skończy w grobie szybciej niż ktokolwiek z was zdąży mrugnąć. Ja będę tym, który go tam wsadzi i go obleje. Będzie jak pierdolony dzień w terenie. Upewnię się, żeby wziąć też alkohol.

– Ty jesteś, kurwa, szalony.

- Może i kurwa jestem, ale upewnię się, że zapłacisz za to co zrobiłeś mojej małej siostrze. Może tych skurwieli to nie obchodzi, ale ja nigdy tego nie zapomnę. Całe to pierdolone gówno, które teraz się dzieje, zaczęło się przez ciebie i niech mnie diabli, jeśli pozwolę ci to przeżyć.

W tym momencie, wszyscy popatrzyli na mnie, ale mnie to kurwa nie interesowało. On był temu wszystkiemu winien i nie miałem zamiaru mu tego odpuścić. Wszyscy inni może byli w stanie mu wybaczyć i ruszyć dalej, ale on tamtej nocy zabrał kawałek mnie i chciałem go odzyskać w każdy możliwy sposób.

- Myślę, że to już czas, żebyś szła. - Cicho wyszpetał John w ucho Carly, gdy poklepał ją delikatnie, całując ją w bok jej głowy.

Skinąwszy lekko głową, pochyliła się, by pocałować go w usta, zanim chwyciła swoją torebkę. Odwracając się w moją stronę, popatrzyła przez chwilę na Johna, zanim jej oczy ponownie spotkały moje. - Wiem, że to może nie jest odpowiedni czas…

- Więc nic kurwa nie mów. - Ostrzegłem.

Nie posłuchała. - Skrzywdziłeś ją, wiesz.

Moje oczy błysnęły groźnie. - Wypierdalaj.

Kręcąc głową, jej wzrok był zdecydowany, tak jakby mówiła, że jeszcze ze mną nie skończyła, wyszła z domu, zatrzaskując za sobą drzwi.

- Możemy poczekać, dopóki nie będziesz gotowy. Nie musimy tam iść teraz, możemy…

- Nie, Bruce. - Uciąłem krótko, nie chcąc więcej się wykręcać. - Ostatnim razem, gdy czekaliśmy, spierdoliliśmy - ja spierdoliłem, i to bardzo. Skończyłem z pozwalaniem tym skurwysynom wydostawać się ze wszystkiego. Zapłacą za to. Wszyscy razem i każdy z nich osobna, zaczynając od tego małego drania Sammy’ego.

Zakładając rękawiczki na moje dłonie, chwyciłem broń z kredensu, pozwalając zimnemu metalowi stopić moją skórę, tak jakby parzyła moją dłoń od samego kontaktu. Zalały mnie wspomnienia z tamtego czasu na dachu, co prawie spowodowało, że wycofałem się i opuściłem ją, ale potem przypomniałem sobie, dlaczego tutaj jestem i czyniąc to priorytetem, ponownie mocno chwyciłem broń.

Wsuwając ją za moje jeansy, wcześniej upewniając się, że jest zabezpieczona, minąłem go i poszedłem do drzwi, gdzie Prince już na mnie czekał.

- Gotowy?

Uśmiechnąłem się.


Parkując przed frontowymi drzwiami prowadzącego do kompleksu apartamentów, w których mieszkał Sammy, zgasiłem silnik, czekając aż zapalą się światła w jego domu. - Kiedy wraca?

- W każdej chwili. - Prince popatrzył na swój zegarek. - Właśnie skończyli spotkanie z Anthonym Larosą na Main Street.

- Czy on nie jest częścią Axes*? Co on do cholery robi, spotykając się z Lyndonem?

- Mówiłem ci. Chodzi o związanie wrogów, trzymaj swoich przyjaciół blisko, ale swoich wrogów jeszcze bliżej. Oni was nie lubią, chłopcy. Grają nieuczciwie.

Prychając, pokręciłem szyją, strzelając z kostek, by uwolnić napięcie w swoim ciele, ale nie ważne co robiłem, było tylko gorzej.

- Jest i on. - Wskazał, a ja zauważyłem go prawie od razu. Szedł z rękoma schowanymi w kieszeniach swojej kurtki, z głową pochyloną nisko, by ochronić się przed zimnym wiatrem, nos chował w swoim kołnierzu. Skręcając za róg, wszedł do ciepłego budynku. Nie minęło dużo czasu, gdy dostał się na piąte piętro i włączył światła, dając nam znak, by ruszać.

Otwierając drzwi samochodu, obydwoje powędrowaliśmy po jego śladach. Prince już od dawna miał kopię jego kluczy, w raze gdybyśmy kiedykolwiek potrzebowali ich do włamania, jeśli cokolwiek by nam ukradł.

Stając twarzą przed jego drzwiami, wolno przekręcił klucz, zanim pociągnął za klamkę i cicho otworzył drzwi. Gdy weszliśmy nie zajęło nam dużo czasu, zanim usłyszeliśmy płynącą wodę z prysznica. - Idealnie.

Idąc wzdłuż korytarza w kierunku drzwi, za którymi się chował, nucąc jakąś melodię, która utknęła mu w głowie, przypomniałem sobie, jak Kelsey zawsze to robiła i poczułem jeszcze bardziej narastającą wściekłość.

On był powodem, dlaczego moja dziewczyna została zraniona i jedyną sprawiedliwością będzie, gdy poczuje tak samo dużo bólu, jak ona. Gdy tylko weszliśmy do łazienki, otoczyło nas wilgotne powietrze, jakbyśmy byli w saunie. Patrząc przez szybę, zobaczyłem idealną możliwość złapania go, gdy będzie się tego najmniej spodziewał.

Chwytając ręcznik z blatu, skręciłem go w dłoniach, upewniając się, by odwinąć go szybko, by usłyszał odgłos uderzenia z bata. Skinąwszy w kierunku drzwi kabiny, Prince szybko je otworzył, a ja otoczyłem ręcznik dookoła szyi Sammy’ego, wyciągając go stamtąd.

Walcząc o swój oddech, zacisnął swoje ręcę na matariale, ale ja tylko zacieśniłem swój uścisk na nim. - Wiesz, to zabawne. - Zacząłem. - Spodziewałem się po tobie więcej Constentino, ale domyślam się, że to zawsze te najcichsze typy robią najwięcej kłopotów.

- Nie wiem, o czym ty kurwa mówisz. - Wycedził, gdy wierzgał się, bardzo starając się złapać oddech. Brak powietrza w jego organizmie spodował, że jego twarz zaczynała nabierać czerwonego odcienia i można powiedzieć, że ten widok prawie zapierał mi dech w piersi. Zabijanie go było jak euforia, której pragnąłem od tygodni.

Obserwując, jak Prince zaczyna napełniać wannę wodą, zamiast pozwolić dalej płynąć wodzie z prysznica, mój głos łatwo niósł się po czterech kątach tego pomieszczenia, odbijając się echem z powodu wąskej przestrzeni.

- Oh tak? - Uniosłem brew, śmiejąc się, jakby właśnie powiedział najśmieszniejszą rzecz na świecie, ale obydwoje wiedzieliśmy, że nie było ku temu powodu. - Stałeś tam i patrzyłeś jak ten skurwysyn bije moją dziewczynę, a potem zrobiłeś tę samą rzecz, co on.

Wzruszając ramionam, wyszczerzyłem się z satyskfacji mojego pomysłu. - Może, powinienem ci przypomnieć. - Z ręcznikiem ciagle wokół jego gardła, użyłem mojego uchwytu by uderzyć jego twarzą w marmurową umywalkę, powodując złamanie jego nosa.

Zduszony krzyk wydobył się z jego ust, gdy próbował się odezwać, ale ja nie dałem mu ku temu szansu. Nie, gdy moja dziewczyna błagała go, by przestał, a oni tego nie zrobili. - Czy właśnie tak było?

- Twoja dziwka krzyczała głośniej niż ja. - Wykaszlał, wypluwając krew. - Powinieneś był zobaczyć wtedy jej twarz, Bieber, była zrozpaczona, zastanawiając się dlaczego nie było tam twoje tyłka, by ją uratować.

Zaciskając szczękę, upewniłem się, że ponownie ścisnąłem jego szyję, tym razem mocniej niż wcześniej, do momentu, aż jego głowa wyglądałą jakby miała się stoczyć na jego ramiona.

- Jestem pewny, że jej cipa jest wystarczająco wąska, ale chłopcy i ja nie mieliśmy wystarczająco czasu by ją pieprzyć. Naprawdę wielka szkoda, wszyscy zastanawialiśmy się, jaka jest, odkąd ty wyglądasz na nieźle podrapanego. Może następnym razem, co?

Wszystko wewnątrz mnie rozpadło się, poczułem jakby ułamki szkła wbiłys się w moją pierś i cała moja “normalność” została wyrzucona przez okno, gdy ponownie otworzył swoje usta. Jedną ręką trzymając koniec ręcznika, wplątałem swoje palce w jego włosy, zanim wielokrotnie uderzałem jego twarzą w kant szafki, która była pod umywalką.

- Nie będzie następnego razu. Wszyscy jesteście bandą chorych skurwieli i zawsze wam powtarzałem, że karma jest pierdoloną suką. Oczywiście twoja matka jest lepszym przykładem, ale nie martw się, udało ci się podskoczyć w rankingu. - Odwracając go twarzą do mnie, zadałe mu parę brutalnych uderzeń w twarz i zanim się zorientowałem, te parę razy zamieniło się w dużo razy. Cała ta złość, wszystko, obrazki Kelsey leżącej tutaj, gdy on ją krzywdził zalały moją głowę, a ja zatopiłem się w nich.

Dopiero, gdy Prince krzyknął, że jest gotowy, cofnąłem się, by zobaczyć szkody. Wyglądał jakby w ogóle nie miał twarzy, i to spowodowało, że się uśmiechnąłem, wiedząc, że dzisiejszego wieczoru przyniosłem jakiś rodzaj sprawiedliwości.

Pociagając go za sobą, zdjąłem ręcznik z jego szyi, a potem chwyciłem go za kark i zanurzyłem go pod wodą.

Łomocząc dłońmi wokół nas, tak mocno, jak mógł przez ból, który właśnie odczuwał i ciosy, które przed chwilą otrzymał, chciał wyciągnąć swoją głowę ponad powierzechnię, ale ja tylko wepchnąłem go z powrotem, tym razem, mocniej, barwiąc wodę na czerwono.

Minęło jeszcze parę sekund, zanim jego ciało zaczęło się poddawać. Nawet, gdy jego ręcę opadły i wiedziałem, że był martwy, ciągle kontynuowałem trzymanie go, chcąc by cierpiał z powodu braku powietrza, jak ja. Zabrali mi całe powietrze i jedyną sprawiedliwością było zrobienie tego samego w odwecie.

- Wystarczy. - Odsuwając Sammy’ego, Prince zrzucił jego ciało do wanny, aranżując to tak, żeby wyglądało jak samobójstwo, tak jak to od początku zaplanowaliśmy.

Wychodząc z pomieszczenia, upewniliśmy się, że zostawiliśmy otwarte drzwi od łazienki, ale te od apartamentu zamknięte, zostawiliśmy wszystko, jak było, upewniając się jeszcze, że nie zostawiliśmy żadnych śladów naszego pobytu.

Wiatr przeszył mnie całego, powodując, że poczułem wewnątrz poczucie próżności, tak jakbym w końcu odzyskał kawałek mojej dumy. Wiedziałem, że to był dopiero początek i pomimo tego, że pozbyłem się jednego, było ich jeszcze trochę. A nawet całkiem sporo.

Ale byłem gotowy.

W oddali, usłyszałem eksplozję, a w rogu moich ust pojawił się złowieszczy uśmiech. Prince popatrzył na mnie, ale na wszystkim na czym, byłem teraz skupiony była druga część.

- Jeden skurwysyn z głowy, zostało jeszcze dwóch.

*Jack Daniels - whiskey
*nazwa gangu - dosłownie można przetłumaczyć, jako siekiery.
________________________________________________
No to jesteśmy! ;)
Cóż wydaję mi się, że tytuł drugiej części nie wziął się znikąd. Danger wraca i będzie się działo.
Gdybyście chcieli to przetłumaczyłam też notkę od autorki -> KLIK! ;)

#muchlove N.